„Krull”. Melancholijne „Gwiezdne wojny”

„Krull” to jedyny w dorobku Petera Yatesa film fantasy. Zmarły w 2011 roku brytyjski reżyser, zanim zabrał się za epickie kino (z którego wyszły nieco melancholijne „Gwiezdne wojny”) miał na koncie m.in. filmy „Bullit”, „Uciekać” i „Garderobiany”. Za „Uciekać” został zresztą uhonorowany dwiema nominacjami do Oscara, a i „Garderobiany” spodobał się Akademii. „Krull” – nieco mniej. Zdobył za to uznanie krytyków z Los Angeles, którzy przyznali mu nagrodę Stinkers Bad Movie dla najgorszego filmu roku.

Dla Petera Yatesa był to pierwszy w karierze film fantasy. Dla Kena Marshalla, odtwórcy roli księcia Colwyna – jedyna w karierze okazja do zagrania pierwszych skrzypiec. Wcześniej grał co prawda tytułową rolę w serialu „Marco Polo”, ale później już los rzucał go od jednego telewizyjnego filmu do drugiego i Marshall zwykle przemykał szybkim krokiem na drugim planie.

KRULL, Lysette Anthony, Ken Marshall, 1983, (c)Columbia Pictures

Jedyną osobą, która naprawdę dobrze wyszła na „Krullu” był młody Liam Neeson, dla którego rola rozbójnika, Kegana – podobnie jak rola Madmartigana dla Vala Kilmera – była przepustką do sławy (u Yatesa zagrał zresztą jeszcze później w niezłym thrillerze sądowym „Podejrzany”).

KRULL, Lysette Anthony, Ken Marshall, 1983, (c)Columbia Pictures

„Krull” to film z 1983 roku, z roku, w którym świat jeszcze nie doszedł do siebie po „Gwiezdnych wojnach”. Filmy Lucasa otworzyły filmowcom oczy na truizm, o którym trochę zapomnieli: ludzie lubią bajki. Oprócz „Krulla” na początku lat 80. powstał słynny „Pogromca smoków”, „Ciemny kryształ”, „Conan Barbarzyńca” i wiele innych tytułów, których chciała rozbudzona wyobraźnia widzów.

„Krull” to baśń rozgrywająca się na innej planecie. Książę Colwyn ma poślubić piękną księżniczkę Lyssę. Ich związek zapewni sojusz między dwoma królestwami. A czasy są niespokojne: w galaktyce grasuje armia Bestii, która przemieszcza się w statu kosmicznym o subtelnej nazwie „Czarna Forteca”.

KRULL, Lysette Anthony, 1983, (c)Columbia Pictures

Ślub naturalnie nie dochodzi do skutku, Lyssa zostaje porwana, a Colwyn wyrusza jej na ratunek. W tle narrator mówi o przepowiedni, według której piękna Lyssa ma zostać królową i wraz z wybrankiem władać wszechświatem. Bestia ma chrapkę na władzę, a Colwyn – na Lyssę. Dochodzi więc do konfliktu interesów. Colwyn będzie musiał odnaleźć nie tylko Lyssę, ale też swoją odwagę i przeznaczenie.

„Krull” to film bardzo naiwny. Ale zrealizowany z wielkim rozmachem. I nie ma się co dziwić: był jednym z najdroższych filmów swoich czasów. Kosztował producentów niemal 50 milionów dolarów, a przyniósł im – marne 16 milionów. I trzeba przyznać, że wizualnie „Krull” nadal zachwyca. Scenografia jest surrealistyczna i ogromna (zbudowano 23 plany filmowe!), zwłaszcza „Czarna Forteca” wygląda jak wyjęta z koszmarnego snu. A sceny, w której Pajęcza Wdowa ściga swojego byłego kochanka nie da się zapomnieć i nadaje ona filmowi Yatesa szczególnej głębi.

KRULL, Francesca Annis, 1983, (c) Columbia

Skąd klapa? Powodów może być kilka. Na przykład to, że producenci z jakiegoś powodu uznali, że „Krullowi” dobrze zrobi zatrudnienie nikomu bliżej nieznanej brytyjskiej aktorki, żeby towarzyszyła równie anonimowemu Marshallowi. Padło na śliczną Lysette Anthony, która przed „Krullem” nabrała naprawdę sporego doświadczenia w grywaniu dickensowskich heroin w brytyjskich, telewizyjnych adaptacjach powieści wielkiego pisarza.

Aktorka została niestety zdubbingowana w postprodukcji, co czasami widać na ekranie. Na szczęście w Fabryce Snów poszło jej znacznie lepiej niż Marshallowi. W 1988 roku zagrała w rewelacyjnej komedii „Po kłębku do nitki”, u boku Michaela Caine’a. Późnej szarżowala jako seksowna wampirzyca u Mela Brooksa, w komedii „Dracula – wampiry bez zębów” i przygodowym „Robinsonie Crusoe”.

„Krull” nie został zmieszany z błotem przez krytyków (pomijając nieszczęsną nagrodę), choć nie piali z zachwytu. Upiekło mu się pewnie głównie dlatego, że olśniewał wizualnie. Nie da się ukryć, że był też powiewem świeżości wśród filmów fantasy, które ośmielone sukcesem Hollywood zaczęło produkować taśmowo. Powstały nawet gry planszowe i wideo, książki oraz komiksy ze świata „Krulla”, bo producenci byli przekonani, że rozbiją bank.

To było jednak za mało. Widzowie dopiero po latach docenili film Yatesa, który obecny jest też w popkulturze: nawiązania do „Krulla” padły m.in. w „South Parku” i serialu „Family Guy”.

I choć „Krull” nigdy nie zdobył takiej popularności jak np. „Willow”, to w pewnych (bardzo wąskich) kręgach uchodzi za film kultowy. I zupełnie słusznie.