„Kosmiczny wirus”. Bełkot sci-fi z „Alicją w Krainie Czarów” w tle

fot. Kosmiczny Wirus

„Kosmiczny wirus” jeszcze przed seansem powinien włączyć kilka czerwonych świateł. Po pierwsze – powstał w mniej niż miesiąc. Po drugie, ten potworek sci-fi wyprodukowany został przez Rogera Cormana. Po trzecie kosztował 100 tys. dolarów. Ale fani niskobudżetowego kina z lat 90., które powstawało pod szyldem Cormana nie zrażają się tak łatwo. Zwłaszcza, że wszystkie te czynniki gwarantują zwykle ucztę konesera kina z niższej półki wypożyczalni.

Na korzyść „Kosmicznego wirusa” wiele przemawia. Po pierwsze – gra w nim Maria Ford, moja ulubienica, królowa kina klasy B i gwiazda cacek Cormana, u którego zagrała w blisko 30 filmach produkowanych przez wytwórnie mistrza kina klasy B, New Concorde i New Horizons Pictures. Ford przez całą karierę grała striptizerki, ma na koncie jednak kilka ról, w których ewidentnie było widać, że stać ją na więcej. „Anioł zagłady”, „Powrót nienazwanego”, „Saturday Night Special”, „Pierścień ognia” – to tylko niektóre tytuły w dorobku tej charyzmatycznej gwiazdy taniego kina akcji, po której w XXI słuch zaginął. Na ekranie, w „Kosmicznym wirusie” partnerują jej Jeff Wincott, brat Michaela, ekspert sztuk walki i gwiazda kina klasy B, oraz Stacy Keach, weteran aktorstwa, zdobywca Złotego Globa, aktor szekspirowski, który nigdy nie stronił od kiepskiego kina. Zwłaszcza w latach 90., kiedy jego gwiazda nieco przygasła.

„Kosmiczny wirus” to bełkot. Mamy rok 2018, za sprawą meteorytu ludzkość została skażona wirusem, ale dzielny i „dobrze zbudowany” (tak można wyczytać np. w oficjalnym opisie filmu) naukowiec John Denniel (Wincott) znalazł na niego lekarstwo. Niestety, jego teść, wraz z córką, Anną, ukochaną byłą żoną głównego bohatera, postanawia do tego nie dopuścić.

Zaplanował sobie bowiem, że zmiecie ludzkość z powierzchni Ziemi. A przynajmniej jej część, która jego zdaniem nie jest w pełni „aryjska”. Anna ruszy więc tropem Johna, a widzowie będą skazani na cienkie jak barszcz retrospekcje traktujące o ich wielkiej miłości, prowadzoną zza kadru narrację Johna (ten film jest tak bardzo bez sensu, że Wincott musi nam tłumaczyć, co się dzieje) i – o zgrozo! – odniesienia do „Alicji w Krainie Czarów”, co nawet dla mnie było trudne do zniesienia.

Cały film sprawia wrażenie amatorskiej produkcji i nie mówię tu teraz o naprawdę śmiesznych efektach specjalnych, bo po takich dziełach nikt nie spodziewa się raczej niczego spektakularnego. Ale praca kamery, chaotyczny scenariusz, znikające wątki, to już coś, co nawet z kiepskim budżetem można dopracować.

Być może problem leży w tym, że scenariusz ma kilku autorów i pewnie każdy chciał dorzucić coś od siebie. Wygląda to trochę tak, jakby na spotkaniu czterech 11-letnich chłopców ktoś rzucił hasło „zróbmy film!'. A potem każdy z nich, przekrzykując innych forsował swoje pomysły. Reżyserem tej kaszanki jest Lewis Baumander, który napisał wcześniej dwa filmy sci-fi z Michaelem Pare – jeden z nich to kiepskie „Falling Fire”, a drugi – „Carver’s Gate”. Jego reżyserska kariera po „Kosmicznym wirusie” załamała się i nietrudno zrozumieć, dlaczego. Tylko dla wytrwałych, choć nawet oni mogą po 40 minutach wyć z frustracji.