„Odjazd”. Kiedy w wysokooktanowym kinie akcji brakuje chemii

Jak film wypełniony spektakularnymi bijatykami może nużyć? Cóż, najwyraźniej może. I to mimo Marka Dacascosa w roli głównej, pary sympatycznych czarnych charakterów i naprawdę efektownej choreografii walk. „Odjazd” („Drive”) z 1997 r. to ostatni pełnometrażowy film w reżyserii Steve’a Wanga, faceta, który dał nam dwie części „Mutroniki”. Z założenia zapierające dech w piersiach kino akcji z nutką sci-fi, „Odjazd” miał wciskać widza w fotel. Ale tylko ten w salonie, bo film Wanga nigdy nie trafił na kinowe ekrany, a jedynie – na półki wypożyczalni VHS. Oczywiście, to żaden zarzut – wiele wspaniałych filmów nigdy nie wyszło poza wypożyczalnie. W tym jednak wypadku wydaje się to usprawiedliwione.

Mark Dacascos i brak chemii

Mark Dacascos gra tu Toby’ego Wonga – hybrydę człowieka i maszyny, nieludzko szybką, sprawną i biegłą w sztukach walki. Wong, który miał być dla chińskiego rządu zabójcą doskonałym, zbuntował się przeciwko swoim twórcom i teraz ścigany przez ich ludzi oraz łowców głów próbuje przedostać się do Los Angeles i tam nagłośnić eksperymenty Chińczyków oraz zgarnąć 5 mln dol. za urządzenie wszczepione mu w pierś. Oczywiście, sam tego nie zrobi – scenarzysta Scott Phillips postanowił dopisać mu giermka, niespełnionego autora piosenek Malika Brody’ego. Gra go Kadeem Hardison („Biali nie potrafią skakać”). Kłopot w tym, że pomiędzy nim, a Dacascosem brakuje chemii. Trudno zrozumieć, skąd nagle Brody wykrzesał z siebie zrozumienie i chęć pomocy Wongowi. Właściwie przez pierwszą część filmu najciekawsze są sceny z udziałem dwóch niewydarzonych łowców głów – Vica i Hedgehoga. Pierwszy nosi się po kowbojsku, a jego wejściom towarzyszą dźwięki banjo, drugi – to nieco zdezelowany alkoholik. W tym duecie z chemią jest akurat wszystko w najlepszym porządku, pewnie też dlatego, że grają ich John Pyper-Ferguson (ten straszny odcinek „Z Archiwum X” o zbiegłych więźniach roznoszących zarazę) i Tracey Walter („Batman” Burtona i „Conan Niszczyciel”).

fot. kadr z filmu

Neurotyczna Brittany Murphy

Film robi się znacznie bardziej „odjazdowy”, kiedy na scenę wkracza Brittany Murphy (‚Słodkie zmartwienia”, „Sin City”) w całej swojej neurotycznej chwale lat 90. Gra tu niezrównoważoną właścicielkę motelu, w którym przystanek robią sobie Wong i Brody. Od Murphy trudno oderwać wzrok, jej wyczyny stanowią znacznie lepszy element komiczny niż te serwowane przez Hardisona. Szkoda, że trwają tak krótko.
To nie tak, że „Odjazd” nie ma zalet. Jak już pisałam, sceny walk są naprawdę imponujące, choć wydaje mi się, że trwają nieco za długo i bywają monotonne. To z kolei dziwi, bo umiejętności Dacascosa nie mają przecież sobie równych. Oglądałam wersję reżyserską, która trwa prawie dwie godziny, możliwe więc, że dlatego film wydał mi się nużący. Na pociechę dorzucę, że jest tu scena, w której Mark Dacascos śpiewa i tańczy.
To aktor pełen wdzięku i charyzmy, który dał się poznać nie tylko jako wspaniała gwiazda kina akcji, ale też facet z wielkim poczuciem humoru. W latach 90. wystąpił przecież w szeregu tytułów kina kopanego, był „Wybranym”, serialowym „Krukiem”, Manim w „Braterstwie wilków”, a niedawno wrócił w „Johnie Wicku 3”, w którym popisał się autoironicznym podejściem do swojego wizerunku. „Odjazd” na pewno spodoba się jego fanom. I wielbicielom kina akcji wypełnionego scenami walk.