„Oni czasami wracają”. Mniej znana ekranizacja prozy Stephena Kinga

„Oni czasami wracają” („Sometimes They Come Back”) to telewizyjna adaptacja opowiadania Stephana Kinga o tym samym tytule. Mistrz literackiej grozy napisał je w latach 70., a w 1974 r. znalazło się w antologii opowiadań „Nocna szychta”. Porusza lubiane przez Kinga tematy odkupienia, traumy z dzieciństwa i znęcania się rówieśników nad słabszymi, a także zbierania w sobie siły, by się przeciwstawić.
W 1991 r. telewizyjną ekranizację opowiadania zrealizowała stacja CBS (producentem filmu był Dino De Laurentiis). Na stołku reżyserskim zasiadł Tom McLoughlin, który wcześniej zrealizował m.in. horror „Jedna ciemna noc” i 6. część „Piątku trzynastego”.

fot. kadr z filmu

„Oni czasami wracają” to sprawny thriller z elementami fantasy. Nie razi ani telewizyjną realizacją, ani kiepskimi efektami specjalnymi. Ma niezły klimat, choć jest to jedno z tych opowiadań Kinga, które natychmiast po lekturze ulatuje z głowy. To jednak wciąż sprawnie zrealizowana, choć nieco dziś zapomniana filmowa wersja twórczości Kinga, która w latach 90. był wykorzystywana przez hollywoodzkich scenarzystów na potęgę – prawie tak wytrwale jak dziś.

fot. kadr z filmu

Stephen King znowu o powrocie z martwych

„Oni czasami wracają” to historia Jima Normana – dobiegającego czterdziestki nauczyciela historii, który wraz z żoną i dzieckiem jedzie do rodzinnego miasteczka, by pracować w miejscowej szkole. Wcześniej rodzina Normanów mieszkała w Chicago, ale tam Jim przeszedł załamanie nerwowe, sugeruje się też, że był agresywny wobec uczniów. Do rodzinnej miejscowości wraca, bo jest tam nauczycielski wakat, ale nie tylko. 27 lat wcześniej doszło do tragedii – brat Jima zginął zamordowany przez młodocianych oprychów, a oni sami zostali zmieceni przez nadjeżdżający pociąg. Jim – świadek tamtych wydarzeń – zmaga się od tamtej pory z traumą.

fot. kadr z filmu

Ma nadzieję, że powrót do miasteczka pozwoli mu się z nią uporać. Oczywiście nic z tego. Jim dostaje pod opiekę klasę sportowców, którzy próbują go zastraszyć. Przychylni mu uczniowie giną w podejrzanych okolicznościach, a na ich miejsce do klasy „zostają przeniesieni” chłopacy łudząco podobni do oprychów, którzy zginęli prawie trzy dekady wcześniej. Skąd przeniesieni? Z piekła – bo wrócili i pragną zemsty na Jimie i jego rodzinie.
Historia może i brzmi sztampowo, ale solidne wykonanie ratuje ją przed całkowitym popadnięciem w rutynę. Spora w tym też zasługa aktorów – zwłaszcza tych wcielających się w oprychów z piekła rodem. W stylu lat 60., z brylantyną na włosach i zanosząc się dzikim chichotem naprawdę są przerażający.

Dwa sequele to za wiele

Jednego z nich pewnie kojarzycie. Herszta demonów gra Robert Rusler, który wcześniej wystąpił w niedocenianej, 2. części „Koszmaru z ulicy Wiązów”. Towarzyszą mu znany z „Zapachu kobiety” Nicholas Sadler i Bentley Mitchum, który z Reese Witherspoon grał w „Człowieku z księżyca”.
W „Oni czasami wracają” zobaczycie też znanego z „Łowcy androidów” i „Deadwood” Williama Sandersona, a w Jima Normana wciela się Tim Mathseon, którego prawdziwa sława zaczęła się dopiero wraz z emisją serialu „Prezydencki poker”, gdzie wcielał się w wiceprezydenta Johna Hoynesa.

fot. kadr z filmu

Jego wyrozumiałą żonę zagrała Brooke Adams, która w 1983 r. zagrała w innej adaptacji kingowskiej prozy – „Martwej strefie”.
Wielbiciele twórczości Amerykanina na pewno dostrzegą nawiązania do innych jego utworów, z których King słynie – zwłaszcza do „To”, które ostatnio zostało z sukcesem zekranizowane po raz kolejny.
„Oni czasami wracają” nakręcono w 30 dni, a film odniósł sukces na tyle duży, że w 1996 i 1998 r. powstały dwie kontynuacje. W jednej z nich zagrała nawet Hilary Swank – w połowie lat 90. jeszcze początkująca aktorka przed pierwszym Oscarem. Oba sequele były znacznie jednak gorsze od oryginału. Co nie znaczy, że ich nie obejrzę.