„Gwiazda”. Prawie jak „Czarny łabędź”, tylko gorszy i z młodą Jennifer Connelly

W latach 80. Jennifer Connelly – dziś jedna z najbardziej cenionych aktorek na świecie, z Oscarem na koncie, a wówczas aspirująca gwiazdka – zaliczyła krótką przygodę z popularnym wówczas w USA dzięki wypożyczalniom VHS kinem włoskim. W 1985 r., tuż przed „Labiryntem” wystąpiła w „Fenomenach” Dario Argento, a w roku 1989 w „Gwieździe” („Ballet” lub „Etoile”) – zapomnianym thrillerze, którego podobieństwo do „Czarnego łabędzia” Darrena Aronofsky’ego trudno dziś zignorować.
„Gwiazda” to oniryczny film z dreszczykiem, zbyt bezpłciowy jednak, by przestraszyć, choć klimatu odmówić mu nie można. Film wyreżyserował Peter Del Monte, nagradzany na całym świecie włoski twórca takich filmów, jak „Julia i Julia” (z Turner), „Ballada o czyścicielach szyb” czy „Towarzyszka podróży”.

fot. kadr z filmu

Akcja „Gwiazdy” rozgrywa się w latach 80. w Budapeszcie. Claire – piękna balerina z Nowego Jorku – przyjeżdża do stolicy Węgier, by tam wziąć udział w tajemniczym castingu na gwiazdę baletu „Jezioro łabędzie”. Odbywa się on w opustoszałym teatrze, a prowadzi go Marius Balakin – ekscentryczny choreograf – wspierany przez swojego pokrytego patyną szofera, demoniczną przyjaciółkę i młodzieńca o twarzy anioła.
Claire w ostatniej chwili tchórzy i nie bierze udziału w castingu bojąc się, że zostanie wyśmiana przez węgierskich speców od baletu. Na zrujnowanej scenie pustego teatru tańczy, tam dostrzega ją Balakin i od tej pory los Claire jest już przypieczętowany.

fot. kadr z filmu

„Jezioro łabędzie” z Claire w roli głównej

Bo ceniony choreograf jest oczywiście trochę nie z tego świata, a balet ma być sposobem, na przywrócenie do życia tragicznie zmarłej w XIX w. baletnicy (zginęła pod kołami powozu) Natalie Horvath. Balakin chce, by w ciało Claire wstąpiła dusza Natalie, która zatańczy w specjalnej wersji „Jeziora łabędziego” planowanej przez jego i primabalerinę nim zginęła.
Na szczęście przed porwaniem i kłopotami z tożsamością Claire poznała w hotelu miłego, amerykańskiego chłopca, który nie spocznie póki nie odkryje, co stało się z Claire i dlaczego dziewczyna z uporem twierdzi, że ma na imię Natalie i jest gwiazdą zrujnowanego teatru, a jej anielska natura zostaje zastąpiona przez uwodzicielską i podstępną.

fot. kadr z filmu

„Gwiazda” broni się jedynie ładnymi zdjęciami Budapesztu i urodą Jennifer Connelly, od której nie można oderwać wzroku. Tańcząc porusza się z nieziemskim wdziękiem, a autor zdjęć Acácio de Almeida („Maska” z Heleną Bonham Carter) często filmuje ją z bliska, eksponuje oczy aktorki i jej wyraziste brwi. Szkoda tylko, że ani Claire ani Natalie nie są starannie nakreślone, przez co perypetie Amerykanki niespecjalnie nas interesują. Podobnie jak niemrawy wątek romansowy, który snuje się nieprzekonująco. To jednak trzeba zrzucić na fatalnego Gary’ego McCleery’ego („Szkoła kadetów”, „Baby, to jesteś ty”), któremu nie udaje się przekonać widza do miłości od pierwszego wejrzenia między nieco przeciętnym asystentem kolekcjonera antyków (Charles Durning w malutkiej roli) i pięknej, pełnej gracji dziewczyny.

Taniec i Argento

„Gwiazda” zachwyca tylko w scenach tańca, jest ich jednak nazbyt mało, by jakoś zrekompensowały ogólną bezbarwność filmu. Szkoda, bota oniryczna baśń z dreszczykiem mogła stać się kolejną zakurzoną perłą z lat 80. i interesującą wersją samego „Jeziora łabędziego”, w którym dwoista natura jest jednym z ważniejszych wątków. A stała się tylko smutnym wyrzutem sumienia faceta, który w 1982 r. nominowany był do Złotej Palmy na Festiwalu Filmowym w Cannes za reżyserie „Zaproszenia do podróży”.
Film nie spodobał się krytykom, w wydanej w ubiegły roku książce „Italian Gothic Horror Films” włoski historyk kina Roberto Curti pisze, że „Gwiazda” to najgorsza produkcja Del Monte i przypomina, że znawcy kina dowodzili, że „Gwiazda” to po prostu „Opera” Argento, tylko pozbawiona napięcia.
Tutaj trzeba wspomnieć, że scenariusz „Gwiazdy” jest pełen dziur, bohaterowie zachowują się irracjonalnie, a wątły dialog czasami hamuje akcję zamiast popychać ją do przodu. Nie wiadomo też do końca, po co w ogóle występuje tu Charles Durning, ale zapewne po prostu po to, by jego nazwisko można było wybić wielkimi literami na plakacie.