„Szalony Jack”. Film, o którym Christopher Plummer chciałby zapomnieć

Znacie to uczucie, kiedy tuż przed zaśnięciem przypomina wam się nagle jakaś mniej chlubna karta z waszej historii? Przeszywa was wtedy dreszcz zażenowania, czasami nagle zaczynacie głośno śpiewać, by odegnać to nieprzyjemne wspomnienie…Jestem pewna, że takie emocje targają Christopherem Plummerem, kiedy przed snem przypomina sobie nagle o swym udziale w filmie „Szalony Jack (Crackerjack”) – akcyjniaku z 1994 r., w którym wcielił się w zauroczonego faszyzmem geniusza zbrodni.
Myślicie, że ta charakteryzacja jego postaci brzmi intrygująco, że to bohater na miarę talentu wybitnego aktora, zdobywcy Oscara za drugoplanową rolę w filmie „Debiutanci”? Otóż nie.
„Szalony Jack” to jeden z wielu klonów „Szklanej pułapki”, jakich na pęczki powstawało w pierwszej połowie lat 90. Film wyreżyserował Michael Mazo, który wsławił się w wąskich kręgach fanów kina klasy B m.in. dwoma częściami „Imperium popiołu” i niezłym „Uciekinierem w czasie” z Markiem Hamillem w roli tytułowej. „Szalony Jack” ma właściwie wszystko, czego trzeba, by zapisać się w annałach kina sensacyjnego. Wielką gwiazdę w roli czarnego charakteru (Plummer), piękność uwieszoną u ramienia głównego bohatera (Nastassja Kinski) oraz charyzmatycznego herosa z nerwowym tikiem w palcu naciskającym spust (znany m.in. z „Niepohamowanej siły” i „Kulla zdobywcy” Thomas Ian Griffith).

fot. Internet

Niestety brak tu przemyślanego scenariusza i wdzięku. Griffith gra Jacka Wilda – bezkompromisowego gliniarza, który cierpi po stracie rodziny zamordowanej przez tajemniczego szefa syndykatu zbrodni. Brat i szwagierka postanawiają więc jakoś uśmierzyć jego ból. Cóż może być lepszego na złamane serce i żałobę, jak nie wypad do luksusowego kurortu w Alpach? Na nieszczęście Jacka, hotel opanowuje grupa najemników dowodzona przez Ivana Getza (Plummer), faceta wierzącego w teorię o nadczłowieku. Getz w kurorcie szuka diamentów, a jego niemiecki akcent zmienia się w zależności od tego, czy Plummerowi udało się akurat wykrzesać nieco entuzjazmu do roli, czy jednak nie.
Zbiry Getza opanowują hotel i biorą gości na zakładników. Na szczęście uszedł im Szalony Jack, który w pojedynkę rozbije szajkę, tym razem uratuje rodzinę, a przy okazji zemści się za śmierć żony i dzieci, bo – cudownym zbiegiem okoliczności – okaże się, że to właśnie Getz maczał w niej palce.

„Szalony Jack” pewnie byłby lepszy, gdyby nie był zrealizowany tak cholernie serio. Plummer chyba jako jedyny zdaje sobie sprawę, że ta rola nie przyniesie mu Oscara.
Griffith, choć wspaniale prezentuje się ze zbolałą miną, niespecjalnie umie grać. A postać Kinski właściwie snuje się tu bez celu, prawdopodobnie jedynie po to, by popularną w latach 80. gwiazdą można się było pochwalić na plakatach promujących film.
Sceny akcji są kiepskie, ich choreografia raczej nużąca, a efekty specjalnie nie pozostawiają złudzeń – budżet filmu był mizerny. Sporo jest też w „Szalonym Jacku” scen żenujących i po prostu głupich. Przestępcy tutaj są po prostu średnio rozgarnięciu i nic dziwnego, że w 90 min. ich misterny plan pokrzyżował zapijaczony gliniarz z dziwną ksywką.
Nie ma w „Szalonym Jacku” niczego, co jakoś uśmierzyłoby ból po seansie. Jeśli więc Plummer faktycznie chce zapomnieć o tej roli, to nie można mu się dziwić.

Tutaj pojawia się pytanie: dlaczego powstały części 2 i 3? W pierwszym sequelu (1997) w Jacka wcielił się Judge Reinhold, a w drugim (2000) – w innego Jacka – Bo Svenson.