„Skarb bogini księżyca”. Tylko dla Linnei Quigley

Zacznę od tego, że uwielbiam Linneę Quigley. Z trzech oryginalnych królowych krzyku (w skład tria wchodzą jeszcze Michelle Bauer i Brinke Stevens) to ona zdecydowanie ma najwięcej charyzmy i aktorskiej ikry. Lubię ją w horrorach, ale nigdy nie odmawiam sobie przyjemności zobaczenia jej w innej roli. I dlatego właśnie odpaliłam „Skarb bogini księżyca” – przygodowego gniotka z 1987 r., całkiem przezornie zapomnianego przez historię i nakręconego za garść dolarów w Meksyku. Quigley wystąpiła w nim jeszcze nim jej sława królowej krzyku się scementowała, co prawda po „Powrocie żywych trupów” i „Cripozoidach”, ale jeszcze przed „Nocą demonów”, „Koszmarnymi siostrami” i „Dziewczęcym klubem”.
„Skarb bogini księżyca” to film nakręcony na fali popularności produkcji o Indianie Jonesie, przygodowego romansu „Miłość, szmaragd i krokodyl” (nawet plakat „Skarbu bogini księżyca” podejrzanie mocno przypomina plakat promujący film z Douglasem i Turner). Reżyserem tego szlamu jest José Luis García Agraz, meksykański twórca nagradzany często w swojej ojczyźnie. Widać, że „Skarb bogini księżyca” był dla niego chałturą, którą odbębnił na kolanie pomiędzy kolejnymi nagradzanymi dramatami. Z założenia miała to być lekka komedia przygodowa wyszedł nieco żenujący i nudnawy klon imitacji filmów o Indianie Jonesie.

fot. IMDB

Quigley gra tu Lu – gwiazdeczkę rocka, która wraz ze swoim śliskim agentem Haroldem jeździ po Meksyku i grywa w najpośledniejszych budach. Na ich nieszczęście, interesuje się nimi meksykański gang, a oprócz tego miejscowe plemię bierze Lu za inkarnację wielbionej przez tubylców boginię księżyca. Z pomocą Sama – pomiętego kapitana łodzi – i jego dziewczyny Brandy, Lu i Harold uciekają przez dzikie ostępy, trafiają do niewoli i przezywają inne sztampowe przygody właściwe tego typu produkcjom. Pozytywnie zaskoczyła mnie tylko narracja – snuje ją z offu Harold, który zaprasza do swojej willi aspirującą aktorkę, by ta spisała jego wspomnienia ubrana jedynie w bikini. Oczywiście jest to dość przaśne, ale Harold opowiada dowcipnie, a narracja urywa się czasami w najmniej odpowiednich momentach – np. wraz z kolejnymi wejściami lokaja, przerysowanego homoseksualisty, czy niezbyt mądrymi pytaniami „dziennikarki”.

Jeśli chcecie stracić 90 min swojego życia, a przy okazji lubicie Linneę – to „Skarb…” jest filmem dla was. Linnea śpiewa, popisuje się swoim wyczuciem komedii i wyrazistą mimiką. W każdej scenie narzuca tempo i w dodatku – jest naprawdę śliczna. Dzielnie dotrzymuje jej kroku Don Calfa w roli Harolda. Spotkali się zresztą już w „Powrocie żywych trupów” dwa lata wcześniej, a samego Calfę na pewno pamiętacie z „Weekendu u Berniego”, gdzie wcielił się w sfrustrowanego mordercę na zlecenie.
Sama gra Asher Brauner (także autor scenariusza), niegdyś aspirujący do tytułu gwiazdy kina akcji rolami w „Amerykańskim orle” i „Kupcach śmierci”. Brenda ma za to twarz Joann Ayers, która na koncie ma tylko trzy role, w tym – w „Time Barbarians”. I to by było na tyle.