„Wyspa zabójców”. Meg Foster i Roddy Piper znowu razem

„Wyspa zabójców” („Immortal Combat”) to film akcji z 1994 r., który stosuje sprytną sztuczkę: udaje, że ma coś wspólnego z szalenie popularnymi w pierwszej połowie lat 90. grami „Mortal Kombat”, które zresztą rok później doczekały się oficjalnej adaptacji filmowej. Nie ma, wierzcie mi.
Ale to wcale nie znaczy, że źle się to ogląda. Choć, gdybym miała jednak w dwóch zdaniach scharakteryzować fabułę tego akcyjniaka, to bym się poddała, panuje tu bowiem pewien chaos. Z jednej strony to film o pojedynkach na śmierć i życie, organizowanych na egzotycznej, karaibskiej wyspie, z drugiej – opowieść o dwóch niedobranych gliniarzach, którzy badają sprawę w duecie. Do tego dodajmy nieco koślawą historię miłosną, momentami niezręczne akcenty humorystyczne, jasnooką Meg Foster w roli głównego czarnego charakteru i zaburzoną chronologię zdarzeń, która każe domniemywać, że twórcy obejrzeli „Pulp Fiction”, ale przez palce, w kluczowych momentach wychodząc z sali kinowej do toalety.
Reżyserem „Wyspy zabójców” jest Dan Neira, którego nazwisko raczej nic wam nie powie. No chyba, że obejrzeliście muzyczny film „Spin” opowiadający o Latynosach próbujących zrealizować swój amerykański sen.

fot. kadr z filmu

Ale, wróćmy do „Wyspy zabójców”. Film zaczyna się od sceny erotycznej, po której mężczyzna ucieka w noc, a piękna kobieta z uśmiechem na twarzy obserwuje, jak uciekiniera ściga i morduje muskularny typ z kaskadą loków spływającą malowniczo na plecy (sportowiec Deron „Malibu” McBee). Potem przenosimy się do Los Angeles, gdzie śledzimy perypetie dwóch gliniarzy o twarzach Roddy’ego Pipera i Sonny’ego Chiby. Pierwszy z nich to jedyny amerykański wrestler, którego kariera filmowa – choć nieco przaśna – nie była nigdy podszyta żenadą, czego nie da się niestety powiedzieć np. o Hulku Hoganie. Drugi – japoński mistrz sztuk walki, gwiazda filmów „Legenda o ośmiu samurajach”, „Walcząca pięść” i „Kill Bill”.

fot. kadr z filmu

Tutaj wcielają się w niedobraną parę na tropie złowrogiej organizacji tworzącej nieśmiertelnych wojowników. Na jej czele stoi grana przez Meg Foster uwodzicielka, która lubi brać do łóżka mężczyzn o rozwiniętej muskulaturze, a potem obserwować jak giną. Po to, by można ich było ożywić i włączyć w szeregi niezniszczalnej armii.
O tym jednak dowiadujemy się za późno by wykrzesać z siebie jakieś emocje. Lwia część filmu to perypetie granego przez Pipera Johna Kellera, który – po awanturze, jaką robi mu szef policji niezadowolony ze zniszczeń w czasie ostatniej operacji schwytania nieuchwytnego zabójcy – postanawia pociągnąć śledztwo sam. I w ramach urlopu płynie na Karaiby, dokąd wiodą wszystkie tropy.

fot. kadr z filmu

W czasie rejsu poznaje piękną dziennikarkę o podobnie do jego brzmiącym nazwisku, zawiera kilka przyjaźni i przechadza się z szerokim uśmiechem, w hawajskiej koszuli, choć właściwie bez większego sensu. W tym czasie Chiba w tradycyjnym japońskim stroju samuraja z godnością robi sztuczki mieczem, a jego obecność na ekranie jest czysto symboliczna.
Ogląda się to przyjemnie, bo Piper ma charyzmę i popisuje się tu swoimi zapaśniczymi chwytami, które przyniosły mu sławę. „Wyspie zabójców” daleko jednak do jego największych hitów – „Miasta żab”, czy „Oni żyją!”. Na planie tego ostatniego filmu spotkał się zresztą ze wspomnianą już Meg Foster, która znowu u jego boku gra czarny charakter, ale robi to z wdziękiem. To aktorka znana fanom kina klasy B dzięki rolom m.in. w „Ślepej furii”, „Szoku przyszłości” i „Ojczymie 2” i wielu innych hitach ery VHS. „Wyspa zabójców” na pewno nie jest szczytowym osiągnięciem w jej portfolio, ale jak wiele produkcji z Foster – dzięki jej obecności na ekranie zyskuje. „Wyspa zabójców” to wciąż jednak film skrajnie głupi, kiepsko zrealizowany i napisany (momentami wręcz niekomfortowo). I w sumie co z tego? Za to właśnie kochamy kino klasy B. PS: Światła też na Tommy’ego ‚Tiny’ Listera, aktora charakterystycznego znanego m.in. z „Mrocznego rycerza” i „Piątego elementu”.