„Mumia żyje”. Ale co to za życie?

„Mumia żyje” z 1993 r. to smutna – i co gorsza nudna – abominacja w reżyserii Gerry’ego O’Hary, który na koncie ma m.in. „Dziwkę” z Joan Collins i pracę w charakterze II reżysera na planie „Toma Jonesa”. Jako producent – co kilkakrotnie podkreślone jest w napisach początkowych – przyłożył do „Mumii…” rękę Yoram Globus, połowa duetu legendarnych producentów i właścicieli wytwórni Cannon Films. W 1993 r. ich sława i szczęśliwa passa już przygasała, studio wkrótce miało upaść, wciąż jednak zarówno Globus, jak i jego wspólnik, Menahem Golan cieszyli się renomą sprawnych biznesmenów i królów wypożyczalni VHS, którzy odkryli dla ludzkości Chucka Norrisa i Jeana-Claude’a Van Damme’a.
„Mumia żyje” jest – jak właściwie wszystkie filmy grozy opowiadające o kruszącej się mumii szukającej inkarnacji ukochanej – oparta na motywach opowiadania Edgara Allana Poe „Pogawędka z mumią”, ale głównie to kalka z „Mumii” z 1932 r., w której w tytułową mumię wcielił się Boris Karloff. Historia, w której egipski kapłan zostaje za niesubordynację pogrzebany żywcem, a po tysiącach lat wybudzony z wiecznego snu przez poszukujących artefaktów głupców jest więc prawie tak stara jak kino. Zresztą, nawet w ciągu mojego 31-letniego życia, oprócz „Mumia żyje”, której plakat wisiał w mojej lokalnej wypożyczalni, doczekałam przecież znacznie lepszej wersji tej opowieści w 1998 r. – z Rachel Weisz i Brandanem Fraserem, a i kilka lat temu swoje trzy grosze próbował dorzucić Tom Cruise, co jednak było żenujące, nawet mimo odwrócenia ról – Mumia była płci żeńskiej.

fot. kadr z filmu

Tony Curtis w podwójnej roli

W „Mumia żyje” akcja rozgrywa się na początku lat 90., w Egipcie. Nieopodal malowniczych piramid brytyjski milioner prowadzi wykopaliska archeologiczne, szukając nowych okazów do swojej słynnej kolekcji. W tym samym czasie do Egiptu przyjeżdża piękna Amerykanka, Sandra. Trudno jest znieść jej opowieści snute zza kadru, w których z nadęciem opowiada o swojej miłości do Egiptu i tym, że czuje z piramidami niezwykły związek. To oczywiście preludium do tego, by zaskoczyć widza zwrotem akcji. Sandra jest oczywiście wcieleniem pięknej starożytnej boskiej nałożnicy, która wdała się w zakazany romans z kapłanem Aziru. Poniosła śmierć, a Aziru został pogrzebany żywcem. Kochankowie jednak przysięgli sobie wieczną miłość. Kiedy poszukiwacze odnajdą sarkofag Aziru i go otworzą, Mumia kapłana będzie mogła spełnić swoją obietnicę.
Szkoda tylko, że „Mumia żyje” to taki siermiężny film. Piramidy są oczywiście ładne, ale to chyba po prostu zasługa ich starożytnego majestatu a nie maestrii realizacji. Sandra jest irytująca i pretensjonalna, a bohaterowie szybko próbują wyjaśnić akcję, rozmawiając między sobą w nienaturalny sposób. Najgorszy w tym wszystkim jest jednak Tony Curtis – największa gwiazda filmu. To on gra tutaj podwójną rolę Aziru i Mumii, jeden z największych amerykańskich aktorów wydaje się tu jednak wyraźnie zagubiony. Szkoda, że u schyłku gasnącej kariery przyszło mu występować w takich tanich gniotach.

Desperacko poszukując Mumii

Curtis przez całą swoją karierę zmagał się z uzależnieniem od alkoholu i narkotyków. Jego kariera przyhamowała już właściwie w latach 60., choć od czasu do czasu wracał w chwale wybitną rolą, np. tytułowego „Dusiciela z Bostonu”. Do swojego geniuszu z czasów „Pół żartem, pół serio” nigdy się już jednak nie zbliżył.
W „Mumia żyje” jest po prostu źle obsadzony. Nazbyt już wiekowy, by przekonująco zagrać egipskiego kochanka. Kapłańska szata mocno opina mu się na brzuchu, sprawiając wrażenie, jakby nigdy nie doszło do poprawek krawieckich. Rolę Mumii miał tu w końcu grać Anthony Perkins, który zmarł tuż przed rozpoczęciem zdjęć. Potem rolę miał przejąć Christopher Lee, który wycofał się w ostatniej chwili. Decyzja, by zatrudnić Curtisa musiała więc zostać podjęta w desperacji. Twórcy potrzebowali pewnie wielkiego nazwiska (reszta obsady jest raczej nieznana) i padło na gwiazdora złotej ery Hollywood.
Wspomnę jeszcze tylko, że podwójną rolę ukochanej Mumii i jej inkarnacji gra Leslie Hardy, która nie zrobiła po tym występie większej kariery, a najbardziej o sławę otarła się grając w serialu „Nash Bridges”. Na jej grze trudno było mi się skupić – w wersji egipskiej miała długie, pociągnięte czerwonym lakierem paznokcie, a w wersji współczesnej – wciąż gadała o swoich duchowych relacjach z piramidami.