„Porachunki Steele’a”. Martin Kove jako Rambo

John Steele jest tak męski i nafaszerowany testosteronem, że nie razi nawet mały różowy blezer, który ma narzucony na ramiona w jednej ze scen. Jeszcze podczas napisów początkowych daje się poznać jako fotogeniczny twardziel – stojąc na dziobie łodzi płynącej po wietnamskiej rzece – bawi się z jadowitym wężem owiniętym dookoła swej grubej szyi, a na głowie ma malowniczo okręconą szarfę, która ma budzić oczywiste skojarzenia z Johnem Rambo.
Steele w Wietnamie dokonywał odważnych czynów, ale w jego przypadku – jak mówi była żona – wojna się nie skończyła, lecz tylko zmieniła lokalizację. Po powrocie do USA Steele nie może się odnaleźć, wdaje się w bójki, a jako policjant daje popis niesubordynacji. Ale przeszłość dogoni Steele’a – Kwan, wietnamski generał, z którym Steele ma do wyrównania rachunki z czasów wojny, jest teraz narkotykowym baronem w Los Angeles. Sprawa robi się dla Steele’a osobista, gdy z rąk gangsterów ginie Lee – jego były policyjny partner i przyjaciel z czasów wojny w Wietnamie.
Jak widać „Porachunki Steele’a” („Steel Justice”) to nie ponura rozprawa o kondycji ludzkiej natury, a akcyjniak z prostą jak drut fabułą. Poczynając od „Rambo”, wiele filmów akcji czyniło weteranów wojny w Wietnamie swoimi głównymi bohaterami. Ich gniew i frustracja znajdowały na ekranie ujście w efektownej przemocy, a czasami – tak jak w filmie ze Stallone’em – udawało się przemycić tu i tam jakieś głębsze prawdy.

fot, kadr z filmu

Po „Porachunkach Steele’a” nie ma się tego co spodziewać. Choć film Roberta Borisa z 1987 r. to typowy dla lat 80. festiwal neonów, efektownych strzelanin i licznych błyskotliwych onelinerów, które co jakiś czas wypowiada Steele (on z kolei przez większość filmu ma na nosie plaster, co wcale nie upodabnia go do Jake’a z „Chinatown”). Jest tu nawet scena muzyczna – bo ukochana Steele’a reżyseruje teledyski, w filmie znalazła się więc cała sekwencja klipu rodem z MTV, która zostaje zresztą przerwana przez efektowną strzelaninę.
Akcja mknie tu na łeb i na szyję, nie sposób się nudzić w czasie seansu, a najlepsze – że perypetie Steele’a są całkiem angażujące. Czy to dzięki sprawnie napisanym postaciom? A może dzięki zaskakująco dobrej realizacji i klimatycznym zdjęciom? Czy może w końcu – uwielbiamy po prostu opowieści o zemście?
Boris, który film nie tylko wyreżyserował, ale też napisał, na koncie jako reżyser ma jeszcze m.in. „Poza prawem” – z Billem Paxtonem i Robem Low’em w rolach braci James.

fot. kadr z filmu

Steele ma twarz Martina Kove – jednego z najbardziej zapracowanych aktorów kina klasy B (blisko 230 występów!) i kojarzonego głównie z akcją. Kove ma oczywiście na koncie rolę Kreese’a w serii „Karate Kid”, był też Ericksonem w „Rambo 2”, choć ja najbardziej cenię go dzięki rolom w filmach „Projekt: Shadowchaser”, „Być najlepszym” i „Współczesny gladiator”. Kove może nie jest wybitnym aktorem, ale ma tonę charyzmy, prezencję Hefajstosa i sporo wdzięku. Tu, w roli żeńskiej partneruje mu Sela Ward („Ścigany” i „remake „Ojczyma”), która wciela się w jego byłą żonę, z którą wciąż łączy go uczucie i zamiłowanie do przekomarzania.
Na ekranie także: Ronny Cox („RoboCop”, „Pamięć absolutna” Verhoevena) jako krzyżujący Steele’owi szyki szef policji, Peter Kwong („Wielka draka w chińskiej dzielnicy”) oraz Al Leong (też „Wielka draka…”) i Sarah Douglas, którą bardzo sobie cenię za występy w filmach „Powrót potwora z bagien”, „Conan niszczyciel” i „Władca zwierząt 2”. Światła też na Shannon Tweed, królową thrillerów erotycznych, w małej ale efektownej roli.