„Elektroniczny człowiek”. Post-apokaliptyczna baśń klasy B

Vernon Wells to australijski aktor, który w świecie kina kultowego zapisał się po wsze czasy rolami Weza w „Mad Maksie 2 – wojowniku szos” i oczywiście wspaniałą kreacją Bennetta z „Komando” (sam Wells nazywa ją rolą „Freddiego Mercury’ego na sterydach”).
W jego filmografii na uwagę zasługuje jednak jeszcze jeden występ – ten w roli Plugheada w dwóch częściach „Elektronicznego człowieka” („Circuitry Man”).
„Elektroniczny człowiek” z 1990 r. to baśń sci-fi i perełka kina klasy B w jednym. Film w reżyserii Stevena Lovy’ego (zrealizował go na podstawie własnej etiudy studenckiej) to jedna z najbardziej czarujących produkcji lat 90. i stawiałabym ją na równi z powstałą mniej więcej w tym samym czasie „Autostradą do piekła”, wariacją na temat mitu o Orfeuszu i Eurydyce.

Akcja „Elektronicznego człowieka” rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. Po katastrofie ekologicznej ludzie umknęli pod ziemię, by jakoś uciec przed zanieczyszczeniem powietrza. Tam żyją w mrocznych, ciasnych metropoliach, w których kwietnie przestępczość. A przyjemność dają ludziom jedynie chipy oddziałujące na mózg – tamtejszy odpowiednik narkotyków.

fot. kadr z filmu

Główną bohaterką filmu jest Lori – pełna zadziornego wdzięku dziewczyna z futurystycznego Los Angeles, która pracuje jako ochroniarz. I wpada w niezłe kłopoty – ma czuwać nad transakcją z pomiędzy dwoma kryminalistami. Jednym z nich jest Plughead, zatwardziały przestępca uzależniony od chipów (o czym świadczą liczne porty i kable wystające mu z czaszki). Transakcja idzie nie tak, a Lori z walizką pełną chipów próbuje dostać się do Nowego Jorku. W pełnej przygód podróży pomoże jej Danner – przeznaczony do miłości android wdychający do nieistniejącej ukochanej.

Trzeba przyznać, że „Elektroniczny człowiek” to produkcja bardzo pomysłowa, zrealizowana z rozmachem (na jaki pozwolił właściwy kinu klasy B budżet), w dodatku zabawna i wzruszająca. Wątek romansowy pomiędzy Lori a Dannerem bywa poruszający, a Plughead w wykonaniu Wellsa jest naprawdę odpychający, choć w jakiś chory sposób budzi też sympatię. Przedstawiony na ekranie świat przywodzi na myśl „Łowcę androidów” (oczywiście w granicach rozsądku), a aktorstwo jest na tyle solidne, że na 90 min uwierzyłam w perypetie Lori i Dannera.
Napotkane przez nich powykręcane postaci przyszłości robią wrażenie i wielka szkoda, że „Elektroniczny człowiek” nie jest filmem tak znanym, jak na to zasługuje.

fot. kadr z filmu

Oprócz Wellsa w filmie grają m.in. znana z „Tombstone” i „Fletcha” urocza Dana Wheeler-Nicholson, a jako Danner występuje Jim Metzler („Tajemnice Los Angeles”, „Gabinet figur woskowych 2” i „Dzieci kukurydzy 3”). W kontynuacji – jeszcze nie oglądałam – do Wellsa i Metzlera dołączyła Traci Lords, legenda kina porno od końca lat 80. próbująca swoich sił w kinie. W pierwszej części zobaczycie też Barbarę Alyn Woods, u nas znaną dzięki roli w serialu „Pogoda na miłość”.

Lovy scenariusz „Elektronicznego człowieka” napisał z bratem, Robertem. Oprócz dwóch części tej post-apokaliptycznej baśni zrobił tylko jeden film – „Mix” z 2004 r. Nigdy o nim nie słyszałam, a recenzje w sieci są raczej miażdżące. Szkoda, bo „Elektroniczny człowiek” jasno pokazał, że Lovy ma potencjał na to, by stać się cenionym reżyserem kina opierającego się na wyobraźni, a nie wielkim budżecie.