„Pułapka C.I.A.”. Tłum gwiazd i wybuchowa akcja

Wszyscy występujący w tym filmie są niewyobrażalnie cool. Poczynając od zwykle maniakalnego i neurotycznego Jeffreya Combsa, który tu gra modelowego herosa bez skazy. A kończąc na Lansie Henriksenie, który cool jest w większości swych ekranowych wcieleń, ale akurat w „Pułapce C.I.A.” („Felony” u nas znane też jako „Taśmy zdrady”) przechodzi sam siebie, w czym bez wątpienia pomagają pojedynczy kolczyk w uchu i hawajska koszula. „Pułapka C.I.A.” to kino sensacyjne w reżyserii legendarnego Davida A. Priora, reżysera słynnego „Żywego celu”, od którego wielu fanów produkcji klasy B zaczynało swoją przygodę z kinem niekoniecznie dobrym, ale sprawiającym wiele radości. Fabuła jest pełna dziur, scenariusz Prior napisał na kolanie, ale „Pułapka broni się na tle innych podobnych filmów z lat 90. Czym? Przede wszystkim obsadą.

jedna z okładek VHS

W 1994 r. – kiedy „Pułapka C.I.A.” ujrzała światło dzienne – właściwie każdy z występujących tu aktorów odcinał już tylko kupony od dawnych sukcesów. Combs zasłynął w latach 80. kreacjami lovecraftowiskich bohaterów (np. w „Re-Animatorze”), znany z serii „Obcy” Henriksen był właśnie w ciągu B-klasowym, tuż przed reaktywacją kariery dzięki serialowi „Millennium”. Ashley Laurence wiedziała już, że nigdy nie zagra w niczym tak głośnym jak seria „Hellraiser”, a Leo Rossi występował w kolejnych odsłonach serii „Bezlitosny”. Każdemu z osobna pierwsza połowa lat 90. rozdała średnie karty. Ale razem dali radę z przeciętnego akcyjniaka zrobić dowcipną, emocjonującą i pełną zwrotów akcji jazdę bez trzymanki.

A chodzi w niej o pewną taśmę. A konkretnie – taśmę, którą Bill Knight (Combs), ambitny kamerzysta nagrał w czasie akcji policji antynarkotykowej, która robi nalot na magazyn handlarzy prochów. Knight liczy na to, że materiał sprzeda telewizji, która wykorzysta go w jednym z policyjnych programów. Ale zamiast tego – nagrywa jak kilkunastu policjantów zostaje w czasie obławy zamordowanych przez czekających już na nich dilerów pod wodzą wymuskanego Coopera (znany m.in. z „Gabinetu figur woskowych” David Warner). Knight zostaje ranny, taśma znika. Policjanci chcą jej, by znaleźć zabójców swoich kolegów. Szukają jej też dilerzy, którzy woleliby nie ujawniać swoich personaliów. Dla Knighta to oznacza walkę o życie, bo wszystkim wydaje się, że wie, gdzie szukać nagrania.

W szpitalu Knight poznaje seksowną pielęgniarkę (Laurence), która stanie się jego sojuszniczką w walce z irytująco wyluzowanym narkotykowym bossem (Henriksenem) i jego dziewczyną-kulturystką (prawdziwa zawodniczka – Corinna Everson). Dodajcie do tego zamszowego, obwieszonego frędzlami kowboja z legitymacją agenta federalnego, Danny’ego DeVito statystującego na dalekim piątym planie, garść całkiem dowcipnych dialogów i sporo zwrotów akcji, a otrzymacie seans na niezłym poziomie. Jeśli oczywiście zapomnicie o istnieniu „Sokoła maltańskiego” i „Ściganego”. W przeciwnym razie może was dręczyć poczucie, że jednak kinematografia wypluła z siebie lepsze filmy. Dodam tylko, że muzykę skomponował tu nasz człowiek – polski laureat Oscara za najlepszą ścieżkę muzyczną do „Marzyciela” – Jan A.P. Kaczmarek.