„Laser Moon”. Słabizna z Traci Lords

Nie dajcie się oszukać! Traci Lords na okładce wydań tego filmu na VHS i płytach DVD to podstęp! Na ekranie jest łącznie przez kilka minut i w żadnym razie nie można jej tu nazwać główną bohaterką. A szkoda, bo na przełomie lat 80. i 90. dała się poznać jako pierwsza heroina kina klasy B. Dobrą passę zapoczątkowała rolą w „Nie z tej ziemi” Jima Wynorskiego, który w byłej gwieździe porno dostrzegł potencjał na nową idolkę kina przeznaczonego na półki wypożyczalni. „Laser Moon” to – z założenia – thriller z 1993 r. Napisał go i wyreżyserował Douglas K. Grimm, który na koncie ma tylko jeden film, właśnie „Laser Moon”, które jest jednocześnie ostatnim w jego reżyserskim dorobku i nietrudno zgadnąć, dlaczego.

Historia nonszalancko palącego papierosy DJ-a radiowego prześladowanego przez seryjnego mordercę pięknych kobiet jest chaotyczna i źle napisana. A rozterki głównego bohatera, który snuje się po ekranie i wygłasza pretensjonalne przemyślenia irytują. W dodatku zabójca morduje – jak wielu przed nim – tylko w czasie pełni księżyca, jest całkowicie pozbawiony charyzmy i nie pomaga to, że zabawnie i złowieszczo jednocześnie je jajka wzorem modelowych B-klasowych szuj i samego Roberta de Niro w „Harrym Angelu”.

Traci pojawia się na ekranie dopiero po jakichś 30 min od początku seansu i bardzo stara się coś wycisnąć ze swojej bohaterki – policyjnej detektyw, która musi walczyć z szowinizmem w miejscu pracy, a także uprzedzeniami przełożonych (zdaje się, że jest córką burmistrza?). Walczy tak zajadle, jak ja z sennością w czasie oglądania tego gniotka. Oprócz niej w filmie wystąpiła m.in. Crystal Shaw Martell, znana najbardziej chyba z roli w debiucie Quentina Tarantino, czyli filmie „My Best Friend’s Birthday”.