„Digital Man”. IQ w czasie seansu spada, ale nie ma go co żałować

Planując seans „Digital Mana” liczyłam się z tym, że w jego rezultacie moje IQ spadnie o kilkadziesiąt punktów. Tak właśnie się stało, ale w ogóle tego nie żałuję. Bawiłam się przednio.
„Digital Man” to modelowe wręcz kino klasy B z 1995 r. Wyreżyserował je sumienny rzemieślnik ze świata produkcji przeznaczonych od razu na rynek VHS – Phillip J. Roth (nie mylić z wybitnym pisarzem, Philpem Rothem), który na koncie ma też inne perły kina klasy B – „A.P.E.X.” i „Prototyp”.
„Digital Man” to zaskakująco sprawnie zrealizowany akcyjniak sci-fi. Oto w niedalekiej przyszłości, w odizolowanej bazie wojskowej, w której prowadzone są prace nad stworzeniem superżołnierzy-robotów, jeden z androidów wyrywa się na wolność. Jego śladem wyrusza drużyna zaprawionych w bojach komandosów. W czasie wykonywania misji orientują się, że część z nich może być robotami. W tym samym czasie w bazie dochodzi do licznych zdrad, rozłamów i przewrotek fabularnych. Nie mają one jednak większego znaczenia – najważniejsze w „Digital Manie” są gigantyczne giwery, spektakularne wybuchy i całkiem niezłe dialogi. Ale o tym za chwilę.

fot. kadr z filmu

W czasie swojej misji żołnierze napotkają małą społeczność zajmującą pobliskie przyczepy kempingowe. Pomoc jej członków będzie nieoceniona, mimo że nie grzeszą inteligencją. To wprowadza do filmu element komiczny, dzięki któremu cała historia nie jest tak śmiertelnie poważna. Zresztą wszyscy członkowie obsady zdają sobie doskonale sprawę z tego, w czym grają.

fot. kadr z filmu

Zwłaszcza wcielający się – zgodnie ze swymi fizycznymi warunkami – w tytułowego Cyfrowego Człowieka niemiecki aktor Matthias Hues („Mroczny anioł”, „Hycel”). Z gigantyczną bronią w dłoniach, od stóp po szyję w niedorzecznym pancerzu wypowiada swoje kwestie z właściwym robotom stoicyzmem. Choć widzowi może wydawać się, że nieco ironicznie się przy tym uśmiecha.

fot. kadr z filmu

Herosa tej opowieści, sierżanta Andersa gra z kolei znany z „Super Force” Ken Olandt, a na drugim planie zobaczycie m.in. Adama Baldwina („Patriota”, „Dzień Niepodległości”), zmarłego w 2006 r. Paula Gleasona („Klub winowajców”, „Szklana pułapka”), zmarłego siedem lat temu Eda Lautera („Cujo”, „Życzenie śmierci 3”), mniej znanych braci słynnego aktora i słynnego reżysera – czyli Dona Swayze i Clinta Howarda. A także Amandę Wyss, czyli Tinę z „Koszmaru z ulicy Wiązów” i nieocenioną Susa Tyrrell, nominowaną do Oscara za „Zachłanne miasto”, a wielbicielom kina klasy B znaną chociażby z serii „Anioł zemsty”.