„Zemsta czarownika”. Linnea Quigley znowu w filmie o demonach

W czasie promocji „Zemsty czarownika” spece od marketingu postanowili zaznaczyć, że ten film z 1989 r. nie jest kontynuacją „Diabelskiej planszy”. Pomylić się nie było trudno, bo oba filmy wyreżyserował Kevin Tenney a ich tematyka była dość podobna. Opowiadały historię diabelskich opętań. A więc czegoś, w czym Tenney – reżyser kultowej „Nocy demonów” – w latach 80. się specjalizował.
Zarówno jednak „Diabelska plansza” (sequela doczekała się w 1993 r.) jak i „Noc demonów” zrealizowane były z większą dbałością. „Zemsta czarownika” bardziej przypomina niestety odcinanie kuponów od popularności poprzednich filmów (powstała też w zaledwie 17 dni). Nawet, jeśli sprawia wiele frajdy.

Linnea Quigley, w „Zemście czarownika”

W „Zemście czarownika” grupa parapsychicznych detektywów ma za zadanie egzorcyzmować starą posiadłość, w której szaleje zły do cna duch czarnoksiężnika łudząco podobnego do demona z „Diabelskiej planszy”. Oczywiście zaczynają krwawo ginąć (grająca ponownie u Tenneya Linnea Quigley obowiązkowo umiera spektakularnie pod prysznicem). Całość ogląda się fajnie, choć ani napisani na kolanie bohaterowie (scenariusz powstał podobno w sześć dni), ani relacje między nimi, ani tym bardziej mało oryginalna fabuła nie wyróżniają w żaden sposób „Zemsty czarownika” na tle innych podobnych produkcji. Oczywiście występ Linnei Quigley to zawsze gratka dla fanów horroru, ale jej postać ginie tu zaskakująco szybko.

Oprócz Linnei zobaczycie tu np. Jamesa W. Quinna, stałego współpracownika Tenneya, u którego zagrał m.in. jeszcze w „Nocy demonów” i „Diabelskiej planszy”. Jedną z ról gra też znana z „Nocnego gościa” Kathleen Bailey.