„Nocny gość”. Trochę gorszy „Postrach nocy”, ale za to z satanistami

„Nocny gość” to film z 1989 r., o którym mało kto dziś pamięta. A szkoda, bo ta produkcja w reżyserii Ruperta Hitziga („Zaułek marzeń”, „Nowhere Land”) to sympatyczny horror komediowy z parą pociesznych seryjnych zabójców i klimatem podobnym do tego znanego ze znacznie popularniejszego „Postrachu nocy”.
Do obejrzenia „Nocnego gościa” skłoniły mnie dwie rzeczy – po pierwsze świetny plakat, na którym w jednym z wariantów potwór z piekła rodem zagląda przez okno na oko przytulnej i bezpiecznej sypialni. Po drugie – Shannon Tweed, króliczek „Playboya” i królowa thrillerów erotycznych w obsadzie.
„Nocny gość” w zasadzie wykorzystuje ten sam pomysł, co wspomniany już, wcześniejszy o kilka lat „Postrach nocy”. Nastolatek ze skłonnością do fantazjowania wpada na trop prawdziwego zabójcy (w „Postrachu…” bohater odkrył, że czarujący sąsiad jest wampirem). Ale ponieważ wszyscy wiedzą jak bardzo ma wybujałą wyobraźnię, to jego teorie traktują raczej z przymrużeniem oka albo irytacją.
W „Nocnym gościu” nastoletni Billy podejrzewa swojego nauczyciela historii, gnębiącego go na każdym kroku pana Willarda, o makabryczne morderstwa popełniane na okolicznych prostytutkach. Powody ma dobre – w czasie szamotaniny zdarł maskę zabójcy swojej sąsiadki, seksownej Lisy, która przyjmowała klientów w domu. Pod maską kryła się zaczerwieniona twarz Willarda, który teraz zrobi wszystko, by zniszczyć Billemu życie i go zdyskredytować.

Amerykański styl życia i sataniści

A to nie będzie trudne. Billy znany jest z tego, że mija się z prawdą. Zresztą alternatywny tytuł filmu brzmi „Never Cry Devil” i odnosi się do znanego powiedzonka, z którego wynika, że fałszywe alarmy nie popłacają. Na szczęście Billy nie jest sam. Wspierają go przyjaciele ze szkoły, sceptycznie i dyskretnie jego teorię bada też doświadczony detektyw Kapitan Crane (richard „Shaft” Roundtree) a swoją pomoc oferuje przyjaciel ojca Billy’ego, eks-glina Ronald ‚Ron’ Devereaux (Elliott Gould), który nieco wyolbrzymia swoje dokonania zawodowe.
Postaci budzą sympatię, są nieźle napisane. Show zdecydowanie kradną tu mordercy – bracia Willardowie, którzy oprócz tego, że czczą szatana i są maniakami, to mają całkiem normalne życie. Sprzeczają się, dowcipkują, chodzą pobiegać i spędzają wieczory przed telewizorem. Nie pozwalają, by ich zbrodnicza działalność wpłynęła na miłe życie na przedmieściach, które udało im się stworzyć.
Sceny z nimi nadają zresztą „Nocnemu gościowi” nieco satyrycznego wymiaru. I sprawiają, że film wyśmiewa nieco amerykański styl życia, a to z kolei wynosi produkcję ponad inne thrillery z tamtego okresu. Jest tu kilka naprawdę budzących grozę scen, dobrą robotę robi też klimatyczny początek, który pokazuje niczego nie podejrzewającą prostytutkę wciągniętą do limuzyny. Na tylnym siedzeniu czeka na nią ktoś, kogo się nie spodziewała. A to intryguje.

Shannon Tweed i inni

Napięcie jednak rozładowują perypetie Billy’ego – zadurzonego w pięknej sąsiadce, która padnie później ofiarą zabójcy.
Grająca ją Shannon Tweed już wtedy była dość rozpoznawalna dzięki rozkładówkom w magazynach dla panów i swoim rolom w filmach klasy B. Nie trudno uwierzyć w to, że młody chłopak rozwija na jej punkcie obsesję.
Braci Willardów zagrało dwóch aktorów charakterystycznych – zmarły w kwietniu Allen Garfield („Gliniarz z Beverly Hills II”) i zmarły w 2019 r. Michael J. Pollard (nominacja do Oscara za drugoplanową rolę w „Bonnie i Clyde”). Richarda Roundtree nikomu nie trzeba przedstawiać. Ten facet to ikona, z rolami nie tylko w serii o Shafcie na koncie, ale też niezliczonych produkcjach klasy B, które zalewały rynek VHS w latach 80. i 90.
Grający niewydarzonego eks-policjanta Gould sprawdza się świetnie i wprowadza tu jakże potrzebny efekt komiczny. Ze wszystkich członków obsady to dziś najbardziej rozpoznawalna twarz – znacie go z „Przyjaciół”, filmowego „MASH”, a na koncie ma oscarową nominację za film „Bob, Carol, Ted i Alice”, w którym wystąpił u boku Natalie Wood.