„Otwarty dom”. Po 30 minutach traci tempo

„Otwarty dom” („Open House”) to slasher z 1987 r., który ma całkiem ciekawy punkt wyjścia. Oto maniakalny morderca zabija agentów nieruchomości pokazującym bogatym klientom domy w prestiżowych dzielnicach Los Angeles. Potem dzwoni do radiowego show przystojnego psychologa – doktora Davida Kelleya i opowiada mu o swoich pobudkach. Dziewczyna radiowca to właścicielka dochodowej agencji nieruchomości, oboje znajdują się więc w niebezpieczeństwie, a doktor obdarzony aksamitnym głosem postanawia współpracować z policją i pomóc w schwytaniu mordercy. Brzmi nieźle, prawda? Niestety „Otwarty dom” traci tempo po 30 min i z zajmującego slashera ze szczyptą cierpkiego humoru zamienia się w nużącego snuja.
Początek jest klimatyczny: na antenę radia dzwoni młoda dziewczyna gwałcona przez ojca. Kelley słucha jej piąte przez dziesiąte, na boku bazgrze jakieś bohomazy. Dziewczyna orientuje się, że radiowy psycholog traktuje ją protekcjonalnie i na antenie strzela sobie w głowę. To wydarzenie będzie Kelleya dręczyło przez resztę filmu.

Potem oglądamy kilka dość klimatycznych i przerażających scen. Agentka nieruchomości pokazuje piękny dom wybrednemu małżeństwu, ale wyczuwa potworny zapach. Pod pretekstem oglądania ogrodu wygania więc potencjalnych klientów na dwór, a sama zabiera się za sprzątanie. W łazience znajduje rozkładające się ciało koleżanki z pracy.
W kolejnej scenie atrakcyjna kobieta pokazuje nieruchomość przystojnemu facetowi. Napięcie erotyczne rośnie i widać, że zaraz będą testowali miękkość materaca w sypialni. Nic z tego – morderca osacza ich w łazience i morduje bez litości.
Potem jednak – nie wiedzieć czemu – akcja skupia się na romansie Kelleya z graną przez Adrienne Barbeau (eks-żonę Johna Carpentera i gwiazdę „Ucieczki z Nowego Jorku”, „Mgły” i „Potwora z bagien”, która tutaj zagrała podobno po to, by opłacić synowi czesne). A z oczu tracimy nieco mordercę, który wydaje się tu najbardziej interesujący.

Odkrycie jego tożsamości zaskakujące nie jest. Widać, że twórcy próbowali nadać filmowi nieco głębi poruszając temat bezdomności i klasowych nierówności. To jednak nie wybrzmiewa. Poza tym, w produkcji, w której pod różnymi kątami, przez kilkanaście sekund pokazuje się krzyczącą kobietę, trudno jest dotknąć ważnych problemów nie popadając przy tym w śmieszność.
Kelleya gra Joseph Bottoms w latach 70. nagrodzony Złotym Globem dla najlepszego aktora za „Gołębia”, w jedną z ofiar wcieliła się zachwycająca Mary Stävin („Zabójczy widok”). A reżyserem filmu był zmarły w 2011 r. Jag Mundhra – pochodzący z Indii filmowiec, który swego czasu zrealizował w USA kilka filmów klasy B przeznaczonych na rynek VHS – m.in. „Last Call” z Shannon Tweed i „Nocną straż” z Tanyą Roberts i Andrew Stevensem.