„Dowódca plutonu”. Najlepsza rola Michaela Dudikoffa

„Dowódca plutonu” („Platoon Leader”) to jedyny film Aarona Norrisa, w którym nie występuje jego słynniejszy brat – Chuck Norris. Gra tu jednak – i to jedną ze swych najlepszych ról w karierze a wręcz najlepszą – Michael Dudikoff, heros kina ery VHS, słynny „Amerykański ninja”, któremu producenci i właściciele wytwórni Cannon Films (to ona wyprodukowała „Dowódcę plutonu”) obiecywali w połowie lat 80. karierę na miarę Jamesa Deana, choć nie mieli ani możliwości, by te obietnice zrealizować, ani też chęci.
W każdym razie, „Dowódca plutonu” to film z 1988 r. a podstawą jego scenariusza jest autobiograficzna powieść Jamesa R. McDonough, w której weteran wojny w Wietnamie opisuje swoje doświadczenia na polu walki i poza nim.
„Dowódca plutonu” powstał dwa lata po znacznie lepszym „Plutonie”, tytuł filmu jasno sugeruje jednak, że twórcy mieli nadzieję nieco dorobić na sukcesie filmu Olivera Stone’a (początkowo „Dowódca plutonu” miał się nazywać po prostu „NAM”).

fot. Michael Dudikoff w „Dowódcy plutonu”

Zacznijmy od tego, że „Dowódca plutonu” nie jest typowym akcyjniakiem, jakich pełno w portfolio Dudikoffa, ani nawet filmem wojennym z elementami akcji. To rasowy dramat wojenny, w którym młody i nieopierzony absolwent West Point – a więc prestiżowej akademii wojskowej – musi walczyć o szacunek swoich może i niższych stopniem, ale znacznie bardziej doświadczonych podwładnych. Kiedy porucznik Jeff Knight (Dudikoff) ląduje w Wietnamie i obejmuje dowództwo w zapuszczonym amerykańskim obozie nikt nie wita go z otwartymi ramionami. Poprzedni dowódca dwa miesiące ukrywał się w ziemiance, żołnierze są więc przyzwyczajeni do tego, że muszą sobie radzić sami. niespecjalnie podoba im się też idealizm Knighta i chęć, by wszystko robić zgodnie z zasadami. A i on początkowo niepotrzebnie upiera się, by robić wszystko po swojemu i nie słucha rad mężczyzn, którzy w wilgotnej wietnamskiej dżungli walczą o życie od miesięcy.
Nie zaskoczy was tu raczej nic, wszystkie elementy dramatu o pozyskiwaniu respektu pojawiają się jak w zegarku. Dudikoff nie dość, że jest tu przystojny jak gwiazdor klasycznego Hollywood, to jeszcze naprawdę gra. Jego Knight to wrażliwy mruk targany poczuciem winy. Sceny akcji są dobrze zrealizowane, nieprzesadzone i wiarygodne. Pozostała część obsady też dobrze realizuje swoje zadanie, a w finale dostajemy ładne domknięcie historii i nawiązanie do jej początku. Na uwagę zasługuje też ścieżka dźwiękowa, na której udzielają się m.in. Del Shannon i Dennis Coffey.

fot. Michael dudikoff w „Dowódcy plutonu”

Dudikoff to oczywiście niekwestionowana gwiazda filmu, ale na uwagę zasługuje też Robert F. Lyons, który wciela się w początkowo niechętnego Knightowi sierżanta McNamarę. Lyons grał jeszcze w „Aniele zemsty”, znacie go też pewnie z „Życzenia śmierci 2”. To solidny aktor charakterystyczny, który tutaj wprowadza odpowiednią dramaturgię stając się przewodnikiem Knighta w piekle Wietnamu.
Jako otwarcie lekceważący Knighta szeregowy Bacera wystąpił dziś już zapomniany Michael DeLorenzo, któremu w latach 80. popularność przyniosła serialowa „Sława” a oglądać można go było także w „Alive, dramat w Andach”. W „Dowódcy plutonu” gra też Brian Libby, weteran ekranizacji prozy Stephena Kinga, którego można było oglądać m.in. w „Skazanych na Shawshank”, „Zielonej mili” i „Mgle”.