„Future-Kill”. Plakaty kłamią

Gdyby wierzyć plakatowi zaprojektowanemu przez samego H.R. Gigera – artystę, który powołał do życia Obcego tworząc jego postać – „Future-Kill” z 1985 r. to mroczne kino sci-fi z filozoficznym zacięciem, ponura wizja przyszłości, w której nie ma nadziei. W sieci można przeczytać przynajmniej dwie wersje historii tego, jak reżyser filmu Ronald W. Moore namówił cenionego ilustratora i grafika do współpracy. Sam Giger w swoich wspomnieniach stwierdził, że reżyser wziął go po prostu na litość.
Drugi popularny plakat filmu przedstawia punkowe postaci w typowych dla kina postapo strojach, w krzykliwej neonowej scenografii. Jest efektowny i zapowiada kolejnego filmowego klona „Mad Maxa”. Niestety żaden z tych plakatów nie mówi prawdy.

„Future-Kill” to tanie kino postapo, w którym pieniędzy nie starczyło ani na dobrych aktorów, ani na scenografię, która mogłaby nas przekonać, że oto jesteśmy w świecie przyszłości. Twórcy filmu pokazują nam dekadenckie imprezy, futurystycznie ubranych bohaterów, którzy cudacznymi strojami próbują zasłonić efekty promieniowania. I ulice opanowane przez zdegenerowanych mutantów, którzy jednak nie mają przerażać wyglądem, a swoim okrucieństwem. W tym świecie właśnie z takim gangiem – pod wodzą zdegenerowanego Splattera – zadziera grupka uprzywilejowanych studentów z bractwa uniwersyteckiego. Uciekając przed Splatterem i jego ekipą przemierzają smutne, niebezpieczne ulice i poznają rzeczywistość, przed którą z racji sowiej pozycji są chronieni. Żaden z bohaterów nie jest jednak na tyle charyzmatyczny, by przykuć uwagę widza.

Punkt wyjścia może i ciekawy, ale kiepskie wykonanie całkowicie odbiera pomysłowi moc. Oprócz historii z Gigerem i plakatem najciekawsza w „Future-Kill” jest jeszcze zmarła w 2014 r. Marilyn Burns w roli jednej z punkowych wyjadaczek nieciekawej rzeczywistości. Burns, która zapisała się w historii kina jako Sally z „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” wygląda tu efektownie i zapada w pamięć. W przeciwieństwie do samego filmu.