„Eliksir młodości”. „Bulwar zachodzącego słońca” klasy B

„Eliksir młodości” opowiada historię znaną choćby z „Kobiety-osy” Rogera Cormana”: oto starzejąca się piękność chce zatrzymać upływ czasu za wszelką cenę i udaje jej się to przy pomocy niezwykłego serum. Sukces jest jednak pozorny, bo mikstura ma pewien efekt uboczny: zamienia bohaterkę w krwiożerczego potwora. W horrorze Briana Thomasa Jonesa z 1988 r. ta opowieść przedstawiona jest jednak z przymrużeniem oka, co przy niewysokim budżecie zawsze jest dobrym rozwiązaniem.
Tutaj mamy do czynienia z nieco spaczoną wersją „Bulwaru zachodzącego słońca”.

Akcja toczy się wokół Elizabeth Warren, gwiazdy filmowej, która najlepsze lata ma już za sobą i nie chce pogodzić się z utratą młodości. Wszystkie nadzieje pokłada w doktorze Ashtonie, który za jej pieniądze pracuje nad cudownym eliksirem młodości. Jednym z kluczowych jego składników jest surowica z ludzkiej kory mózgowej.
Elizabeth przyjmuje pierwszą dawkę eliksiru i młodnieje. Kłopot w tym, że efekty działania mikstury szybko przechodzą, a aktorka zamienia się wtedy w paskudną, żądną krwi kreaturę. A właściwie żądną surowicy, którą postanawia zdobywać mordując przypadkowe osoby.

Jest coś urokliwego w „Eliksirze młodości”. Najbardziej urocza jest tu Vivian Lanko jako B-klasowa wersja Glorii Swanson. Zwłaszcza w scenach, w których próbuje znormalizować swoje morderstwa tłumacząc, że przecież byłą to sprawa życia i śmierci. Elizabeth po przemianie w potwora jest wystarczająco zabawna by filmu nie brać na serio, ale też na tyle odstręczająca, by współczuć bohaterce, która pogoni za dawną urodą jest gotowa poświęcić wszystko. Efekty specjalne są typowe dla taniego kina klasy B lat 80., a więc żadne. Ale to niespecjalnie przeszkadza w odbiorze filmu, który gwarantuje 90 min rozrywki i dowcipną puentę.