„The Granny”. Nestorka rodu zamienia się w zombi

Stella Stevens w jednym z wywiadów wspomniała, że komedia grozy „The Granny” z 1995 r. sprawiła jej najwięcej frajdy, ze wszystkich produkcji, w których wzięła udział. A trzeba pamiętać, że Stevens – gwiazda komedii „Zwariowany profesor” i „Tragedii Posejdona” nagrodzona Złotym Globem dla najbardziej obiecującej debiutantki – ma w czym przebierać, bo łącznie wystąpiła w 140 produkcjach.
Tutaj dodajmy, że większość z nich w ostatnich 30 latach to produkcje klasy B, z których niektóre wyreżyserował i wyprodukował jej syn – także aktor – Andrew Stevens. „The Granny” to właśnie produkcja już z tego okresu, w którym kariera Stelli Stevens nieco przyhamowała. Ten horror komediowy z lat 90. dał jednak aktorce pole do popisu, które brawurowo wykorzystała.
Stevens wciela się tu w plującą jadem, wredną i złośliwą nestorkę rodu. Bogata i wpływowa pomiata członkami swojej rodziny, którzy tylko czekają, aż Babcia umrze i będą mogli położyć łapy na jej milionach. Jedyną osobą, którą Babcia lubi jest jej wnuczka Kelly, dziewczyna skromna i bezinteresowna. Gra ją – co ciekawe – Shannon Whirry, gwiazda thrillerów erotycznych, która w „The Granny” jednak nie tylko się nie rozbiera, ale gra postać niewinną i łatwowierną, zupełnie inną od uwodzicielek, w które wcielała się zwykle.
Babcia ma jedno marzenie – chciałaby być znowu młoda. Najlepiej wiecznie. Okazja nadarza się, gdy tajemniczy Namon Ami (jego tajemniczość podkreślona jest tym, że nosi ciemne okulary nawet w mrocznych pomieszczeniach) oferuje Babci magiczny eliksir, który ma sprawić, że znowu będzie piękna i młoda.

Jest oczywiście kilka zasad, których nie można złamać. Inaczej eliksir z życiodajnego stanie się diabelską miksturą zamieniającą tego, kto go zażyje w potwora. Jedną z nich jest zawarcie pokoju z rodziną przed wypiciem eliksiru. Babcia jednak zostaje otruta i na łożu śmierci postanawia wypić miksturę ignorując przestrogi Namona. W efekcie zamienia się w zombi, które chce wymordować wszystkich, łącznie z ukochaną Kelly. Ta ostatnia będzie musiała pokonać kompleksy i niepewność siebie oraz stawić czoło złu.
Stevens jako przerysowana staruszka szarżuje tu niemiłosiernie, mówi zachrypniętym dyszkantem i w niektórych scenach jest wspaniale karykaturalna. Po przemianie babci bawi się jeszcze lepiej. Zresztą „The Granny” to bardzo przyjemny seans głównie dzięki obsadzie. Whirry może nie jest specjalnie zajmująca jako dobroduszna Kelly, świetnie jednak wypadają kanalie z jej rodziny, grane m.in. przez reżysera „Gabinetu figur woskowych” Anthony’ego Hickoxa, Patricię Sturges (tarzająca się w futrach Andrea) czy Heather Elizabeth Parkhurst w roli uwodzicielskiej Antoinette. W Namona Ami wciela się Luca Bercovici – reżyser filmu, który na koncie ma też popularne produkcje „Rockula” i „Ghoulies”.

Całość ogląda się przyjemnie już właściwie od pierwszej sceny, w której wieśniak o twarzy Patricka Kilpatricka (Piaskun z „Wykonać wyrok”) zostaje zamordowany przez swoją opętaną córkę gdzieś w czasach średniowiecznych. Film ma typowy dla produkcji przeznaczonych na rynek VHS klimat, a uwagę zwraca fajna muzyka napisana przez Kendalla Schmidta („Neonowi maniacy”). Końcówka ma urok, zresztą podobnie jak cały film.
Stevens porównała występ w „The Granny” do orgazmu, mediom opowiedziała też o tym, jak rolę przepowiedziała jej wróżka, która powiedziała aktorce, że dostanie pamiętną rolę z powodu choroby aktorki oryginalnie w niej obsadzonej. Tak się składa, że tytułową Babcię miała pierwotnie zagrać Shelley Winters znana z „Lolity” Kubricka i „Nocy myśliwego” z Robertem Mitchumem. Choroba nie pozwoliła jej jednak stawić się na planie. Stevens przejęła więc angaż, a reszta to historia. Choć bardzo niszowa i właściwie nieznana.