„Głęboka czerwień”. Michael Biehn i Joanna Pacuła znowu razem

„Głęboka czerwień” („Deep Red”) to telewizyjny film z 1994 r. w reżyserii Craiga R. Baxleya („Zimny jak głaz” z Brianem Bosworthem, serial „Czerwona róża”). Ten ponury thriller sci-fi w klimacie noir w doborowej obsadzie miał wszystko, by stać się filmem kultowym. Coś jednak poszło nie tak.
Zaczyna się nieźle. Oto przepity, zgorzkniały prywatny detektyw Joe Keyes o twarzy Michaela Biehna („Terminator”, „Obcy – decydujące starcie”) wspomina swoje ostatnie zlecenie. O znalezienie Warrena Rickmana – swego męża- naukowca (Jigsaw z „Piły” czyli Tobin Bell) – prosi go tajemnicza blondynka o chłodnej urodzie (znana z „Tombstone” Lisa Collins), z kilkuletnią córką Gracie (Lindsey Haun, która niepokojące dziecko zagrała też w „Wiosce przeklętych” Johna Carpentera) uczepioną płaszcza.
Rickman uwikłał się w jakieś rządowe eksperymenty, a Keyes odnajduje go w obskurnym pokoju hotelowym. Tam naukowiec ginie zamordowany przez prześladowców nasłanych przez swoich byłych szefów, a Keyes zdaje sobie sprawę, że oto wdepnął w niezłe bagno.

Keyesa w jego krucjacie wspiera Monica Quik – była żona, którą gra tutaj Joanna Pacuła, nasza kobieta w Hollywood. Polka z Biehnem grała już rok wcześniej w słynnym „Tombstone”, na ekranie mają dobrą chemię. Ich bohaterowie rozstali się lata wcześniej, ale wciąż coś do siebie czują, co nadaje ich relacji melancholijny wydźwięk. Szkoda tylko, że scenariusz filmu w pewnej chwili się rozłazi i nie wszystko jest jasne. Przynajmniej ja miałam problemy ze zrozumieniem zawiłej intrygi. Może to kwestia montażu? A może niedociągnięć scenariusza napisanego przez D. Brenta Mote’a, dla którego „Głęboka czerwień” jest największym osiągnięciem w karierze?
Tak czy siak, film ogląda się przyjemnie. Bohaterowie przygody przeżywają głównie nocą, co sprawia, że film jest mroczny, a atmosfera duszna. Tempo jest dobre, finał nieco naciągany, ale jak na telewizyjną produkcję pierwszej połowy lat 90. „Głęboka czerwień” robi wrażenie.

Połączenie umiejscowienia akcji w niedalekiej przyszłości z klimatem rodem z książek Raymonda Chandlera jest interesujące, podobnie jak do pewnego momentu intryga. Właściwie to do chwili, w której twórcy „Głębokiej czerwieni” odkrywają wszystkie karty, a widz dowiaduje się, nad jakim projektem pracował Rickman, dlaczego on i jego żona wyglądają tak młodo, o co chodzi ze stopą ich kilkuletniej córki i dlaczego gonią ich smutni mężczyźni w garniturach. Odpowiedź na pytanie, czym jest właściwie ta tytułowa „Głęboka czerwień” też nieco rozczarowuje. Film jednak nadal pozostaje interesującą pozycją, nieco zapomnianą ale wartościową.