„Gwiezdne złoto: Kosmiczny szlak”. Rutger Hauer w gorszej formie

Nieodżałowany Rutger Hauer w latach 90. grywał chyba we wszystkim, co podtykano mu pod nos. Taka nonszalancja w doborze ról zaowocowała kilkoma perełkami – np. „Obrożą”, czy „W ułamku sekundy” – zakończyła się też jednak kilkakrotnie blamażem. I tak niestety stało się w przypadku telewizyjnego kina sci-fi zatytułowanego „Gwiezdne złoto: Kosmiczny szlak” („Precious Find”). To tania produkcja z 1996 r. w reżyserii Philippe Mory, Francuza na gościnnych występach w Hollywood z dwoma częściami serii „Skowyt na koncie”.
Akcja filmu toczy się w przyszłości. Na księżycu zapanowała gorączka złota i ci, którym nie straszny brak atmosfery, ruszają tam, by się wzbogacić. Wśród nich są charyzmatyczny oszust Armond Crille (Hauer, któremu wyraźnie się nie chce), piękna pani kapitan Camilla (Joan Chen), pozbawiony złudzeń robotnik Sam (Brion James) i młody śmiałek Ben (Harold Pruett). Tam gdzie pojawia się złoto, pojawiają się niesnaski. Po piętach depczą ekipie Hauera gangsterzy (jeden z nich występuje w niezbyt udanym przebraniu samuraja), a i wewnątrz niej dochodzi do rozłamów, bo bohater Hauera, uroczy szuler, postanawia zdradzić swoich partnerów.

Gdyby nie Hauer to „Gwiezdne złoto…” byłoby zresztą nieoglądalne. Marnie zrealizowane na telewizyjną modłę, z kiepskimi dialogami i przewidywalnymi jak wschód słońca zwrotami akcji nie zasługuje na uwagę. Hauer chyba doskonale zdawał sobie sprawę z tego, w czym gra i w kilku scenach – np. gdy nie wiedzieć czemu i on przebrany jest za samuraja – pozwala sobie na ironiczne uśmieszki. Chcę wierzyć, że to wyraz autoironii, a nie próba wykrzesania z bezpłciowej postaci jakiejś iskry.
„Gwiezdne złoto: Kosmiczny szlak” to jednak film pełen sympatycznych powrotów. Hauer i Brion James zagrali razem w „Łowcy androidów”, a wraz z Chen niebieskooki Holender wystąpił w kultowej „Krwi bohaterów” i fajnej „Obroży”. Nowicjuszem jest tutaj Harold Pruett, który kilka lat później – w 2002 r. – zmarł na skutek przedawkowania narkotyków.

Film mimo zgranej, charyzmatycznej obsady jest potwornie nudny, sporo w nim dłużyzn i scen kompletnie niepotrzebnych. Efektów specjalnych się nie czepiam, bo w wielu produkcjach z tamtego okresu nie rzucały na kolana, a jednak nie wydawało się to istotne, bo produkcje te miały inne walory. Cóż, „Gwiezdne złoto: Kosmiczny szlak” to nie ten przypadek. Mimo że to przecież remake filmu „Skarb Sierra Madre” z 1948 r.