„Gliny z Vegas”. Na tropie seryjnego mordercy

„Gliny z Vegas” to sztampowy film sensacyjny z 1994 r., który zgodnie z panującą wówczas modą nazywany jest „thrillerem erotycznym”. Wyreżyserował go Joey Travolta, brat Johna i książę kina klasy B, a także współautor scenariusza. Gwiazdami są tu królowa kina erotycznego lat 90., czyli Shannon Tweed oraz Sam „Flash Gordon” Jones, który w tamtej dekadzie sporo grał właśnie w takich jak „Gliny z Vegas” produkcjach klasy B.
Tweed gra tutaj wyemancypowaną panią detektyw, modelową feministkę lat 90., która przeciera szlaki w służbach policyjnych tym, które przyjdą po niej. Grany przez Jonesa Joe to z kolei mizogin i seksista, który podczas pierwszego spotkania powie jej, że „lepiej wyglądałaby uśmiechnięta i z rozpuszczonymi włosami”. Zresztą, sporo tu takich kwiatków, które dziś zapewne by nie przeszły, a wtedy były na porządku dziennym.
Wówczas jednak poprawność polityczna nie zaprzątała myśli twórców tanich filmów. Oglądając „Gliny z Vegas” tez lepiej ją więc odrzucić, by się niepotrzebnie nie frustrować. I po prostu pocieszyć się filmem, który ogląda się bardzo przyjemnie.

„Gliny z Vegas” wyróżniają się na tle podobnych filmów dowcipnymi dialogami, świetną obsadą (oprócz Jonesa i Tweed grają tu też znany z dylogii „pierwsza liga” James Gammon, piękna Rebecca Ferratti, czyli Talena z „Gora” oraz Branscombe Richmond – Bobby Sixkiller z serialu „Renegat”. Akcja jest wartka, a nieuchronny romans pomiędzy bohaterami Tweed i Jonesa wydaje się wiarygodny.
Fabuła nie jest specjalnie oryginalna. Zespół detektywów z Vegas musi schwytać seryjnego mordercę, który morduje klientów pewnej pięknej prostytutki o imieniu Christine. Czy to ona jest zabójczynią? A może jej klientów morduje jej zazdrosny kochanek? W finale poznany – dość przewidywalną – odpowiedź na to pytanie.

Jest tu kilka scen seksu, które zdaniem producentów kina klasy B były nieodzowne w czasach świetności wypożyczalni kaset VHS, ostatecznie jednak „Gliny z Vegas” to po prostu angażujące kino akcji, które może i nie zostaje z widzem na dłużej, ale też nie przyprawia o ból głowy. Udało mi się dorwać wersję z polskim lektorem, a dokładnie Tomaszem Knapikiem, który nie patyczkuje się jeśli chodzi o przekleństwa, co dodaje „Glinom z Vegas” powabu.