„Człowiek ciemności II: Durant powraca”. Gdy brakuje Bruce’a Campbella

„Człowiek ciemności” Sama Raimi – wizjonera kina gatunkowego, który dał światu „Martwe zło” i Bruce’a Campbella – to klimatyczne kino superbohaterskie z czasów, kiedy Hollywood dopiero zaczynało rozumieć, jak opowiadać historie o superbohaterach. Polane sosem z groteski i doprawione szczyptą czarnego humoru opowiada o oszpeconym przez gangsterów naukowcu Peytonie Wastlake’u (Liam Neeson), który skrywając twarz pod bandażami (a nie jaskrawą maską), szuka zemsty na swoim Nemezis – Robercie Durancie (znany np. z horroru „Doktor Chichot” Larry Drake nominowany też do trzech Złotych Globów za rolę w serialu „Prawnicy z Miasta Aniołów”). W spektakularnym finale pokonuje go, ale znikając w tłumie wie, że zgodził się na wieczną samotność. Takie melancholijne zakończenie mogłoby zamknąć temat. Ale nie chciał tego Raimi, który w finale dał Człowiekowi ciemności twarz Bruce’a Campbella (Wastley znalazł sposób na ukrywanie spalonej twarzy dzięki syntetycznej skórze) i kazał symbolicznie zniknąć w tłumie. Pomysł był taki, że Campbell miał grać Wastlake’a w sequelach „Człowieka ciemności”, ostatecznie jednak postawił na inne projekty i nic z tego nie wyszło.

W sequelu filmu z 1995 r. Człowieka ciemności gra więc Arnold Vosloo, późniejszy Imhotep z dwóch części „Mumii” Stephena Sommersa. Choć kontynuacja „Człowieka ciemności” jest przyzwoita, to bez wątpienia brakuje jej mrocznego klimatu, który sprawił, że fani oryginału pokochali go od pierwszego wejrzenia. Film wyreżyserował Bradford May, a Raimi zadowolił się rolą producenta wykonawczego. May miał na koncie w połowie lat 90. głównie produkcje telewizyjne, spory dorobek zebrał też jako operator filmowy. Na reżyserskim stołku na planie „Człowieka ciemności II: Durant powraca” sprawdził się tak dobrze, że wyreżyserował też rok później część trzecią (tak naprawdę drugą, ale ostatecznie filmy zamieniły się miejscami w kalendarzu premier).
W dwójce Durant nieoczekiwanie wraca i do żywych i do swoich gangsterskich zwyczajów. Chce przejąć władzę nad całym miastem, a na to oczywiście wciąż dyszący żądzą zemsty Wastlake nie może pozwolić. Zwłaszcza, że ludzie Duranta postanawiają zagarnąć budynek, w którym swoje eksperymenty przeprowadza David Brinkman. Naukowiec zajmuje się – podobnie jak Wastlake – prowadzeniem badań nad syntetyczną skórą. I podobnie jak wcześniej Peyton, jest terroryzowany przez ludzi Duranta, którzy chcą zagarnąć należący do badacza budynek. Wastlake zaprzyjaźnia się z Brinkmanem, ale nie udaje mu się ocalić go przed okrucieństwem kryminalistów. Po śmierci naukowca, postanawia za wszelką cenę ochronić jego siostrę, którą bandyci wzięli na celownik. Gra ją Renée O’Connor na chwilę przed międzynarodową sławą, jaką przyniosła jej rola Gabrielle w serialu „Xena: wojownicza księżniczka”. Peytona wspomaga też wyszczekana, paląca jak smok dziennikarka Jill Randall (znana z „Części ciała” Kim Delaney).

„Człowiek ciemności II” Durant powraca” zbyt wiele czerpie z oryginału, by zasłużyć na miano dobrego sequela. Ma jednak sporo naprawdę niezłych momentów. Świetny jest np. David Ferry jako niezbyt rozgarnięty pomagier Duranta, Eddie. Wastlake kradnie mu twarz, przez chwilę Ferry udaje więc Vosloo, który udaje Ferry’ego. To dość zabawny pomysł, który przywołuje na chwilę ducha oryginału. Ferry najbardziej jednak znany jest dziś z roli Dolly’ego w dylogii „Święci z Bostonu”. Mimo tej sekwencji, po seansie myślałam tylko o tym, że Bruce Campbell swoją charyzmą i komediowym wyczuciem zrobiłby z tego filmu perełkę. Szkoda.