„Blood Tide”. Grecka wyspa spływa krwią

James Earl Jones nigdy specjalnie nie kojarzył mi się z typem amanta, albo heroicznego głównego bohatera. W „Blood Tide” (polskiego tytuły brak) okazuje się, że gwiazda „Conana Barbarzyńcy”, Darth Vader i głos Mufasy potrafi wcielić się i w owianego romantyczną aurą awanturnika.
W tym filmie z 1982 r. gra Frye’ego, nonszalanckiego, nieco aroganckiego poszukiwacza przygód, który szuka skarbu w greckiej zatoce. Nad nią – na malowniczej skarpie – leży wioska, której mieszkańcy wciąż oddają hołd dawnym bóstwom i odprawiają mroczne rytuały. Film wyreżyserował Richard Jefferies, który na koncie ma scenariusze m.in. do czarnej komedii „Włóczęga” oraz thrillera „Cold Creek Manor”. Scenariusz „Blood Tide” napisał jednak wspólnie z Nico Mastorakisem, Grekiem z pochodzenia, który akcję wielu ze swoich scenariuszy i filmów – m.in. znakomitego thrillera pt. „Wicher” – osadził właśnie w greckich krajobrazach.
Frye regularnie nurkuje w poszukiwaniu skarbu, okazuje się jednak, że przypadkiem budzi do życia pradawną bestię, która zamieszkuje spokojne wody, a jej ulubionym przysmakiem są młode dziewice. Gdyby jednak fabuła „Blood Tide” skupiała się jedynie na tym wątku, widz mógłby czuć się rozczarowany. Na szczęście, „Blood Tide” zaskakuje z regularnością przypływu.

Tak naprawdę historia zaczyna się, gdy na wyspę przypływają kosztownym jachtem Neil i Sherry. Są młodym małżeństwem w czasie podróży poślubnej. Neil w Grecji szuka siostry, która zaginęła kilka miesięcy wcześniej. Madeline – uduchowiona dziewczyna z artystycznym zacięciem – zaszyła się w miejscowym klasztorze, gdzie odnawia zniszczone ikony i toczy nieobecnym wzrokiem po horyzoncie. Przyjazd Neila zaburza jej uporządkowaną codzienność. Zagrożony jest też jej sekret – Neil od razu zauważa, że jego siostra jest dziwnie nieobecna. Czy po prostu pogrąża się w szaleństwie, które mieszkało w niej od dawna? A może coś na pięknej wyspie tak na nią wpływa? Na przykład pradawny potwór, a ściślej mówiąc – mityczne zło, które znowu domaga się ofiar.
„Blood Tide” to film z niezwykłym klimatem. Urzekają tu nie tylko piękne widoki i lazurowe wody, w których czai się coś niecnego. Kamera prowadzi widza przez kręte uliczki, labirynty murów. Podobnie jak bohaterowie czujemy się wyobcowani w starciu z małą, zamkniętą społecznością, która nie znosi przybyszów z zewnątrz. Atmosfera tajemnicy unosi się nad tym miejscem, a spece od efektów specjalnych litościwie skrywają oblicze stwora na tyle długo, że jego tandetna postać nie zabija napięcia. To z kolei rośnie z minuty na minutę.

Frye to zdecydowanie najciekawsza postać na ekranie. Ale nie jedyna wśród głównych bohaterów. Madeline gra Deborah Shelton, którą fani kina klasy B na pewno kojarzą z „Nemezis” Alberta Pyuna i „Świadka mimo woli” Briana De Palmy. Jej brat Neil ma twarz Martina Kove („Karate Kid”, „Rambo II”, i jego posągowe uda (eksponowane w palącym słońcu dzięki obcisłym szortom, przekleństwu lat 80.), a w obsadzie są jeszcze Lydia Cornell (serial „Zagubiony w czasie”) oraz Annabel Schofield (telenowela „Dallas”). Nastrojową muzykę do filmu napisał izraelski kompozytor Shuki Levy, który tworzył muzykę głównie na potrzeby ikonicznych seriali – np. „Power Rangers”.