„Taniec przeklętych”. O wampirze, który chciał poczuć słońce

„Taniec przeklętych”(„Dance of the Damned”) to dowód na to, że nie każdy film klasy B z wampirami w tle musi być pełen tanich efektów specjalnych, lśniących plastikową bielą kłów i scen wymagających zużycia litrów sztucznej krwi. To kameralne, niemal teatralne kino opierające się na parze aktorów, którzy są na ekranie w każdej scenie. Aż nie do wiary, że wyprodukował je Roger Corman, papież złego kina i producent kilkuset filmów klasy B, które zapewniły mu koronę króla filmowej tandety. Reżyserką „Tańca przeklętych” nie jest jednak ani Corman, ani żaden z jego akolitów. Na stołku reżyserskim zasiadła bowiem Katt Shea, która po umiarkowanie udanej karierze aktorskiej postanowiła sprawdzić się w reżyserii. Przed „Tańcem przeklętych” zrealizowała dwie części erotycznych thrillerów „Stripped to Kill”, po – m.in. „Trujący bluszcz” z Drew Barrymore w głównej roli. Scenariusz Shea napisała wspólnie ze swoim ówczesnym (1989) mężem, Andym Rubenem.

Podobnie jak dwie części „Stripped to Kill”, „Taniec przeklętych” zaczyna się od klimatycznej sceny w obskurnym klubie ze striptizem. Na scenie, ledwo widoczna, zmysłowo tańczy Jodi Hurtz (Star Andreeff, znana m.in. z filmów „Nastanie nocy” i „Ghoulies II”), eteryczna striptizerka, która nienawidzi swojej pracy i właśnie zmaga się z myślami samobójczymi. Jej smutek wyczuwa snujący się nocą po ulicach wielkiego miasta Wampir. Szuka ofiary, a Jodi ze swoim pragnieniem śmierci idealnie pasuje do tej roli. Wampir (gra go zresztą znany ze „Świntucha” Cyril O’Reilly) namawia Jodi, by towarzyszyła mu do jego mieszkania. Tam odkrywa swoją tożsamość, ale Jodi zamiast chwycić za czosnek postanawia zostać. Rozmawiają godzinami o tym, co ich ukształtowało, czego pragną i co ich smuci. On chciałby poczuć na twarzy słońce, a ona próbuje mu opowiedzieć, jakie to wrażenie. Zwierza mu się też z tego, że nie może zobaczyć swojego syna, bo opiekę nad nim sprawuje jej ex. Cała akcja filmu opiera się tu na dialogach, narastającej, wzajemnej fascynacji bohaterów i wrażliwości Andreeff oraz O’Reilly’ego, którzy naprawdę dali popis gry rzadko spotykany w kinie klasy B. Film jest smutny (happy endu brak), bardzo melancholijny i niezwykle klimatyczny, co jest też zasługą muzyki Gary’ego Stockdale’a i zdjęć nominowanego do dwóch Oscarów (także w tym roku – za „Proces Siódemki z Chicago”) Phedona Papamichaela. W tej produkcji zadebiutowała też jako aktorka Maria Ford, późniejsza ulubienica Cormana, która zagrała w wielu hitach ery VHS, m.in. „Aniele zniszczenia” i „Necronomiconie”.

„Taniec przeklętych” nie jest na pewno filmem dla wielbicieli produkcji pełnych akcji. Ucieszy za to tych, którzy lubią niespieszne filmowe snuje z głębią. Co ciekawe, film w 1993 r. – czyli zaledwie cztery lata po premierze – doczekał się zrealizowanego przez Cormana remake’u. Film „To Sleep With a Vampire” powstał według tego samego scenariusza, a główne role zagrali w nim Charlie Spradling („Nieziemska muzyka” i „Władca lalek II”) i Scott Valentine („Mój kochanek demon”). Nowa wersja była nieco bardziej dynamiczna i znacznie mniej poetycka. Da się ją jednak obejrzeć z satysfakcją, choć w tym pomoże z pewnością brak znajomości oryginału. Kilka lat temu Shae zapowiadała, że sama zamierza wyreżyserować remake „Tańca przeklętych”, na razie jednak projekt najwyraźniej został odłożony na półkę.