„Roboty śmierci”. Zakupy grożą zgonem

fot. Concorde Pictures

Jim Wynorski, legenda filmowego kiczu ma na koncie takie perełki jak „Powrót potwora z bagien” i „Łowca śmierci 2: Pojedynek tytanów”. Zanim jednak osiągnął w świecie złego kina wszystko, zrobił w 1986 roku horror „Roboty śmierci”, trochę straszą, a trochę śmieszną satyrę na konsumpcjonizm, która rozgrywa się nocą w centrum handlowym. Film nakręcił w 22 dni z błogosławieństwem samego Rogera Cormana, a do współpracy zaprosił takie gwiazdy jak Barbara Crampton („Re-Animator”), Mary Woronov („Potwór z kosmosu”) i Kelli Maroney. Ta ostatnia zatrudniona została, bo Wynorski chciał się z nią umówić. I uznał, że najłatwiejszym na to sposobem będzie obsadzenie jej w filmie. Maroney w latach 80. była na topie dzięki rolom w „Nocy komety” i „Beztroskich latach w Ridgemont High' i choć jej kariera w latach 90 znacznie przyhamowała, to do dziś jest jedną z najbardziej znanych twarzy kina klasy b.

Julie Corman, żona Rogera, miała umowę z wytwórnią Vestron. Miała zrobić horror, którego akcja toczy się w galerii handlowej. Wynorski zgodził się napisać za psie pieniądze scenariusz i zasiąść na reżyserskim stołku. Twierdził, że zainspirował go film „Gog” z 1954 roku, choć niektórzy dopatrują się w „Robotach śmierci” wyraźnego podobieństwa do telewizyjnej produkcji „Trapped”, w której grozę w galerii handlowej sieją wściekłe psy, które nocą pilnują pustego centrum.
U Wynorskiego krew rozlewają roboty zaprogramowane do tępienia złodziei. Coś im się jednak lasuje na łączach i obracają się przeciwko grupie nastolatków, która ma nieszczęście utknąć w galerii po jej zamknięciu. Będą ginąć w malowniczy, choć nieco naiwny sposób, a Barbara Crampton wielokrotnie zaprezentuje w „Robotach śmierci” swój popisowy wrzask.

fot. Concorde Pictures

Film kosztował 800 tys. dolarów, ale spece od efektów specjalnych byli w stanie przy skromnych możliwościach finansowych wyczarować naprawdę przekonujące roboty o morderczych skłonnościach. Do kin „Roboty śmierci” weszły pod tytułem „Killbots” i z miejsca okazały się finansową klapą. Powodu takiego obrotu spraw producenci doszukiwali się w tytule, który został zmieniony na znacznie bardziej błyskotliwy – „Chopping Mall”. Recenzje były średnio entuzjastyczne, co nie przeszkodziło „Robotom śmierci” stać się filmem kultowym. Istnieją zresztą dwie jego wersje – w tej emitowanej przez telewizję jest kilka dodatkowych scen, w tym mały hołd dla klasycznego „Attack of the Crab Monsters” z 1957 roku.

Przez jakiś czas rozmawiano o sequelu, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. „Roboty śmierci” nie przyniosły  producentom spodziewanych zysków, co zamknęło drogę do ewentualnej kontynuacji. Kelli Maroney zrobiła jeszcze z Wynorskim trzy filmy (ostatni w 2012 roku) a sam reżyser rozkwitł i na przestrzeni 30 lat wyreżyserował ponad 100 szrotów, które zaskarbiły mu uwielbienie miłośników kiepskiego kina. Dziś tanim sumptem kręci kilka filmów rocznie i na pewno nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.