„Uciekinier w czasie”. Mark Hamill rozmienia się na drobne

Bycie ikoną popkultury ma swoje słabe strony. Nikt nie wie o tym lepiej niż Mark Hamill, legendarny Luke Skywalker z „Gwiezdnych wojen”, dla którego rola ta w pewnym momencie kariery stała się prawdziwym przekleństwem. Najbrutalniej było to widać w latach 90., kiedy to Hamill zwrócił się w stronę kina klasy B. Filmy te często eksploatowały jego wizerunek, wykorzystując go w kampanii marketingowej do cna, nawet gdy aktor pojawiał się na ekranie w pomniejszych rolach,

Zaczęło się od „Mutroniki”, na okładce której Hamill w sposób oszukańczy tajemniczo się uśmiechał, jakby wcielał się w głównego bohatera. W „Uciekinierze w czasie” gra centralną postać, producenci mają więc pełne prawo co kilka sekund podkreślać w zwiastunie, że to właśnie TEN Mark Hamill z „Gwiezdnych wojen” gra w gniotku przeznaczonym bezpośrednio na rynek VHS.

W 1993 roku, kiedy „Uciekinier w czasie” miał swoją premierę, naprawdę trudno było dokonać przełomu na rynku filmów sci-fi. Dlatego producenci filmu porzucili złudzenia i skupili się po prostu na przekonaniu widzów, że ich film można porównać do „Terminatora”, „Obcego”, „Gwiezdnych wojen” i to w dodatku z Markiem Hamillem, gwiazdą tej ostatniej, legendarnej serii.

Na stołku reżyserskim tej hybrydy zasiadł Michael Mazo, który na koncie ma m.in. „Imperium popiołu” i „Szalonego Jacka”. Fani kina klasy B pewnie od razu się zorientują, że „Uciekinier w czasie” niepokojąco podobny jest do późniejszego o  rok „Strażnika czasu” z JCVD, filmu znacznie lepszego pod każdym względem. No i wyświetlanego w kinach.

Mamy rok 2022 i Ziemia została właśnie zaatakowana przez obcą, niezbyt przyjaźnie nastawioną cywilizację. Kapitan Michael Raynor traci żonę w czasie inwazji i ataku obcych na bazę militarną, salwuje się jednak ucieczką i wskakuje w „pęcherz czasowy”, który przenosi go do roku 1992. Zdezorientowany stara się zrozumieć, jak to możliwe, że przeniósł się w czasie. I jak mógłby to wykorzystać.

Oczywiście dochodzi do wniosku, że oto pojawiła się okazja na uratowanie świata. Ale nie wszystkim podoba się ten pomysł. Jego tropem rusza agent o kamiennej twarzy, a Raynor nie będzie mógł od tej pory ufać nikomu, bo kosmici w ludzkiej skórze zrobią wszystko, aby mu przeszkodzić.

Fabuła „Uciekiniera w czasie” jest wtórna, ale film wcale nie wygląda źle. Efekty specjalne są przyzwoite, przypominają te z „Gwiezdnych wojen” w granicach przyzwoitości, a Hamill jest przekonujący jako zupełnie inny rodzaj bohatera, bezkompromisowy człowiek czynu, a nie niepewny młodzik, który dopiero musi stać się mężczyzną i wybawcą.

W „Uciekinierze w czasie”, podobnie jak w innych mniej wymagających filmach poruszających tematykę podróży w czasoprzestrzeni, nie brakuje niedorzeczności. Nie przeszkadzają one jednak w odbiorze, a poza tym – nieustanna akcja nie pozwala dociekać, czy doszło do paradoksu czasowego, czy też nie.

Oprócz Hamilla, grają tu m.in. weteran kina scifi, Brion „Leon” z „Łowcy androidów” James i znana z „Komando” Rae Dawn Chong.