„Rzeka wichru”. Szkoda gwiazd

„Rzeka wichru” miała być biletem powrotnym do Hollywood nie tylko dla Marka Hamilla, który po oryginalnych „Gwiezdnych wojnach” szybko został zaszufladkowany jako Luke Skywalker, ale też dla producenta, Gary’ego Kurtza, który współpracował z George’em Lucasem przy „Gwiezdnych wojnach” i „Amerykańskim graffiti”, ale pragnął samodzielnych sukcesów. „Rzeka wichru” na pewno nie stała się jednym z nich. Wszyscy zaangażowani w tę klęskę artystyczną i finansową, gorzko pożałowali udziału w projekcie.

fot. IMDB

Najbardziej chyba właśnie Hamill, który w „Rzece wichru” gra czarny charakter: łowcę nagród i fanatyka religijnego. Aktor tak bardzo sfrustrowany był tym, że nie może uwolnić się od „Gwiezdnych wojen”, że przyjął rolę Willa Taskera, aby odciąć się od nich raz na zawsze. Ale i reżyser filmu, Steven Lisberger, musiał kiepsko przyjąć porażkę, skoro „Rzeka wichru” była ostatnim wyreżyserowanym przez niego filmem, a wcześniej, siedział przecież na stołku reżyserskim kultowego „Tronu” i „Szaleńczego pościgu”.

fot. IMDB

Akcja „Rzeki wichru” toczy się w niedalekiej, post-apokaliptycznej rzeczywistości. Po wojnie nuklearnej i zagładzie wywołanej – co wiemy z mglistych konwersacji bohaterów – przez androidy, cześć ludzkości odwróciła się od postępu technologicznego i mieszka w jaskiniach, górach, blisko natury, czcząc rzeki i wiatr. Pozostała część, stara się podtrzymywać struktury państwowe i system, w którym androidy traktowane są jak niebezpieczni przestępcy. Will Tasker wraz z partnerką, pyskatą Belitski, transportuje więźnia, schwytanego przez siebie androida. W drogę wchodzi im jednak uroczy cwaniak, Matt Owens, który wykrada więźnia i salwuje się wraz z nim ucieczką, nie wiedząc, że ma do czynienia z maszyną, a nie z człowiekiem.

fot. IMDB

Wspólnie z androidem o ksywce „Byron” Owens zwiedzi zarówno surowe siedziby dzieci natury, jak i dekadenckie wnętrza starego muzeum, ukrytego pod Ziemią, dającego schronienie ludziom, którzy boją się skonfrontować z post-apokaliptyczną rzeczywistością. Wszystko to jest bardzo nierówne. Film, który zaczyna się jak przygodówka sci-fi, nagle staje się filozoficznym komentarzem, nieco jednak niezręcznym i chaotycznym.

Oprócz Hamilla gra tu całkiem spora gromada gwiazd. W Owensa wciela się naśladujący Hana Solo Bill Paxton, „Byrona” gra znany z „Jurrasic Park” Bob Peck, Belitski ma twarz Kitty Aldridge, prywatnie żony Marka Knopflera, a epizody grają tu reż m.in. Ben Kingsley, który w swoim trzyminutowym występie zawarł więcej patosu niż w jakimkolwiek innym filmie, łącznie z „Gandhim”, F. Murray Abraham no i Robbie Coltrane. Żaden z tych aktorów nie miał do zagrania jednak interesującej postaci.

fot. IMDB

Sam film bywa nudny, nie zawsze też wiadomo, co dokładnie dzieje się na ekranie. Najbardziej interesujące są chyba sekwencje w podziemnym muzeum, choć wydają się udziwnione na siłę, czasami – niezamierzenie zabawne. Sceny akcji są zrealizowane przyzwoicie, a Mark Hamill daje z siebie wszystko jako Will Tasker i aż szkoda, że „Rzeka wichru” nie pozwoliła mu się uwolnić od Skywalkera. Trzeba jednak przyznać, że ten scenariusz nie pozwoliłby rozwinąć skrzydeł żadnemu aktorowi. Sam Hamill musiał poczekać jeszcze kilka lat na swoją ikoniczną rolę Jokera w animowanym „Batmanie”.

Film okazał się klapą finansową w Wielkiej Brytanii, w USA został więc wydany od razu na kasetach VHS. Zapomniano o nim szybko i dziś tylko najbardziej zatwardziali fani kina sci-fi pamiętają, że kiedyś powstał film, w którym Bill Paxton grał herosa, a Hamill wcielał się w mendę z tlenioną fryzurą.