„Studnia i wahadło”. Ponura rozprawa o fanatyzmie religijnym i wszystko, co lubimy w kinie klasy B

Jeśli film Stuarta Gordona z 1991 r. jest horrorem, to tylko dzięki ekranowej przemocy i okrucieństwu, od których – mimo groteskowego ujęcia – odwracałam wzrok. „Studnia i wahadło” to ponura adaptacja słynnego opowiadania Edgara Allana Poe, wielokrotnie już ekranizowanego (m.in. w 1961 r. przez Rogera Cormana, z Vincentem Price’em w roli głównej). Wersja Gordona jest krwawa, miejscami nazbyt groteskowa, ale spełnia swoje zadanie – pokazuje religijny fanatyzm w jego najbardziej ekstremalnej, niebezpiecznej formie. Cóż z tego, że robi to w konwencji kina klasy B? Gordon zresztą, w 1991 r. uznany twórca „Re-Animatora” i „Zza światów”, cieszył się sporą wolnością artystyczną, a ponieważ „Studnia i wahadło” powstała pod szyldem wytwórni Full Moon Features Charlesa Banda, jego stałego współpracownika, nikt nie patrzył reżyserowi na ręce. I dzięki temu, „Studnia i wahadło” to kino oryginalne, niepokojące i przesiąknięte melancholią. Jak zresztą większość filmów faceta, który jak nikt rozumiał Lovecrafta, a „Studnią i wahadłem” udowodnił, że dogadałby się też bez problemu z Edgarem Allanem Poe.

fot. kadr z filmu

Szkielet i piękna dziewczyna

Akcja „Studni i wahadła” rozgrywa się w 1492 r. w Hiszpanii. Oto w roku odkrycia Ameryki, krajem trzęsie Wielki Inkwizytor Torquemada (postać historyczna), religijny fanatyk, który terroryzuje wszystkie warstwy społeczne swoim okrucieństwem. Już pierwsza scena, w której nadzoruje chłostę szkieletu wydobytego z grobowca i nieznoszącym sprzeciwu tonem zapowiada, że „za wszystkie grzechy trzeba płacić”), zwiastuje film przerysowany. Ale też – dziwnie przerażający, bo mimo groteskowego podejścia Gordona do tematu, jego portret brutalności i fanatyzmu inkwizycji nie odbiega od prawdy. Torquemada morduje w imię kościoła, zagarnia majątki tych, których osobiście oskarżył o herezję, wygłasza świątobliwe przemówienia i chyba niestety wierzy, że wszystko co mówi. Jest szaleńcem, któremu uroiło się, że stał się narzędziem Boga.

fot. kadr z filmu

Te przerażające sceny tortur, przesłuchań i rozpaczy przeplatane czarnym humorem (biurokracja towarzyszy nawet zadawaniu cierpienia) to tylko jedna warstwa filmu Gordona. Drugą jest wątek melodramatyczny. Maria – piękna, niewinna piekarka zostaje przez Wielkiego Inkwizytora oskarżona o czary. Umęczona, poniżona dziewczyna zarzeka się, że jest niewinna, a Torquemada poznaje smak grzechu, który tak fanatycznie stara się wyplenić. Zaczyna pożądać Marii i ból sprawiają mu zadawane jej tortury. Jednocześnie, mąż dziewczyny – Antonio – wdziera się do lochów, by ratować ukochaną. Kiedy zostanie schwytany – Inkwizytor myląc sumienność z zazdrością – postanawia wykorzystać najnowsze narzędzie tortur – tytułowe studnię i wahadło.

fot. kadr z filmu

Henriksen i Reed

Nie jest to z pewnością film dla wrażliwców. I nie chodzi jedynie o przemoc. Gordon przy pomocy prostych narzędzi dostępnych dla twórców kina niskobudżetowego, maluje obraz brzydoty duszy, małości i ludzkiego, niskiego zła, które wzbudza się potrząsając sakiewką. Zaskakujące, że w tym filmie za garść dolarów tak dobrze udało mu się to sportretować.
Spora w tym zasługa obsady, choć każdy gra tu nieco za bardzo, dostosowując się do obecnej w scenariuszu karykatury. W roli Torquemady wystąpił Lance Henriksen, który zastąpił Petera O’Toole. Henriksena nikomu przedstawiać nie trzeba.

fot. kadr z filmu

Aktor znany z „Terminatora”, „Obcych” i serialu „Millennium” (a także kilkudziesięciu kultowych filmów) jest jako Wielki Inkwizytor doskonały: przerysowany i budzący współczucie. Kibicujemy mu, aby spotkała go zasłużona kara. I spotyka. Torquemada widzi w sobie Boga, przestaje zwracać uwagę na zalecenia Watykanu, co daje wyraz zamurowując w lochach żywcem zapijaczonego kardynała, który przybył do Hiszpanii z papieskim nakazem, aby Inkwzytor zaprzestał tortur. Kardynała gra wspaniały – jak zwykle – Oliver Reed („Gladiator”, „Diabły”). Gryzipiórka wprowadzającego wizje Inkwizytora w życie, zagrał Jeffrey Combs – stały bywalec na planie filmów Gordona, z którym zrobił m.in. „Re-Animatora”, „Zza światów”, „Fortecę” i „Potwora na zamku”.

fot. kadr z filmu

W niewinną Marię o anielskim obliczu wcieliła się naprawdę piękna Rona De Ricci, o której wiadomo tylko tyle, że wystąpiła w trzech filmach, a „Studnia i wahadło” była ostatnim projektem w jej karierze. Na drugim planie również m.in. Frances Bay (‚Twin Peaks”) jako zrezygnowana czarownica i Jonathan Fuller („Potwór na zamku”) jako Antonio. „Studnia i wahadło” pokazywana była na festiwalach filmowych, przez krótki czas można też było film Gordona oglądać w kinach.