„Wizerunek mordercy”. Lance Henriksen w thrillerze erotycznym

„Wizerunek mordercy” („Profile for Murder”) to thriller erotyczny z 1996 r., o którym pewnie nawet bym nie wspomniała, gdyby nie obsada. Reżyser filmu, David Winning, do współpracy zaprosił tu kultowe gwiazdy lat 80. i 90.: supermodelkę Joan Severance, znaną m.in. z dwóch części „Czarnego skorpiona”, Lance’a Henriksena, legendarnego gwiazdora kina gatunkowego oraz mistrza sztuk walki Jeffa Wincotta, brata bardziej popularnego Michaela.
Lata 90. były okresem szczytowej popularności thrillerów erotycznych, którą zainaugurowała premiera „Nagiego instynktu”. Nie sposób zliczyć wszystkich kipiących od erotyzmu produkcji, jakie zalazły półki wypożyczalni VHS. Severance była jedną z ich królowych, choć nie da się ukryć, że prym w tym gatunku wiodła jednak Shannon Tweed, niegdyś króliczek magazynu „Playboy”, teraz głównie żona Gene’a Simmonsa, frontmana kapeli Kiss.
Jeśli zastanawiacie się, co tu robi Lance Henriksen, to spieszę z odpowiedzią. Znany z „Terminatora”, „Nieuchwytnego celu”, Dyniogłowego” i dziesiątków innych kultowych filmów aktor w połowie lat 90. grywał głównie w produkcjach klasy B (choć i wśród nich trafiały się perełki!), a jego los odmienił się właśnie w 1996 r., wraz z premierą serialu „Millennium”, który przyniósł mu trzy nominacje do Złotych Globów.

fot. kadr z filmu

W „Wizerunku mordercy” Henriksen gra nienasyconego seksualnie Adriana Crossa – milionera, który każdej nocy idzie do łóżka z inną kobietą, a swoje wrażenia opisuje w pamiętniku. Niestety, ktoś morduje jego kochanki i Cross staje się głównym podejrzanym w śledztwie w sprawie zabijającego piękne kobiety seryjnego mordercy. Łysiejący i żylasty Henriksen nie pasuje na amanta w thrillerze erotycznym? Pasuje jak ulał. Pewnie dlatego właśnie uznawany jest za rewelacyjnego aktora. Niedostatki urody rekompensuje nam swoją charyzmą. A tej ma tyle, że jego bohater rozkochuje w sobie policyjną psychiatrę i profilerkę kryminalną, seksowną doktor Hannę Carras. Jej erotyczna obsesja na punkcie niebezpiecznego pacjenta przeradza się w romans. Winny czy nie winny – zastanawia się Hanna pomiędzy kolejnymi scenami seksu.

fot. kadr z filmu

Na to pytanie odpowiedzi nie poznajemy. W ogóle, seans „Wizerunku mordercy” pozostawia w widzu uczucie niedosytu. Fabuła jest dość schematyczna, rozwiązanie zagadki nie zaskakuje, a romans Crossa i Carras trwa na tyle krótko, że nawet nie ma im co kibicować. Dzięki Severance i Henriksenowi seans jednak się nie dłuży, a i sam film stoi na ich kreacjach, które wynoszą „Wizerunek mordercy” o jedną półkę nad pozostałe thrillery erotyczne z tamtego okresu.