„Na krawędzi śmierci”. Hauser, Combs i James. Czego chcieć więcej?

Jeśli film zaczyna się od sceny gry w rosyjską ruletkę (ale pilą mechaniczną) to można wiązać z nim pewne nadzieje. „Na krawędzi śmierci” („Dead Man Walking”) z 1988 r. spełnia obietnicę jazdy bez trzymanki. I nic dziwnego – film Gregory’ego Browna w obsadzie ma w końcu legendy kina kultowego – Wingsa Hausera, Jeffreya Combsa i Briona Jamesa. Panowie wiedzą, co robić, by zapewnić widzom godziwą postapokaliptyczną rozrywkę.
W dodatku, „Na krawędzi śmierci” jest dziś porażająco aktualne. Oto niedaleka przyszłość, świat od lat zmaga się a pandemią, a ludzkość nauczyła się żyć w jej cieniu. Część populacji wiedzie normalne życie, a zarażeni żyją w specjalnie wydzielonych, śmiertelnie niebezpiecznych strefach. Istnieją też ci, którzy są nosicielami wirusa, ale nie zakażają innych. Ich dni są policzone – przewiduje się bowiem, że pociągną jakieś dwa lata po zarażeniu. To z kolei sprawia, że ich zachowanie staje się nieobliczalne. W końcu nie mają nic do stracenia…

To akurat dobrze dla Chaza, nieco zahukanego szofera pewnego dewelopera. Wraz z szefem i jego córką Leilą zapuścił się zbyt głęboko w strefę zakażonych. Tam padają ofiarami zbiegłych więźniów, którzy uciekli z konwoju. Leila zostaje porwana przez maniakalnego Deckera, postrach zakazanej strefy, a Chaz postanawia ją ocalić. Tylko jak? Z pomocą przyjdzie mu charyzmatyczny, nonszalancki w obliczu niebezpieczeństwa John Luger. Jemu też zostały tylko dwa lata życia.
Sama akcja „Na krawędzi śmierci” nie jest specjalnie wartka, ale chemia pomiędzy Chazem, a Lugerem sprawia, że dość szybko można dać porwać się historii. To zasługa Combsa i Hausera, którzy wcielają się w głównych bohaterów filmu. Combs powtarza właściwie swoje neurotyczne, znane z „Re-Animatora” sztuczki, a Hauser, jak to Hauser pręży muskuły i krzywo się uśmiecha. Aż dziw, że nie stał się nigdy gwiazdą kina akcji pełną gębą, w końcu miał zarówno prezencję jak i wdzięk. Mimo to latami występował w kinie klasy B i to czasami nawet ciążącego bardziej w stronę litery „C”.
W każdym razie, ci dwaj będą musieli stawić czoła oszalałemu Brionowi Jamesowi, jednemu z bardziej rozpoznawalnych etatowych zbirów kina ery wypożyczalni VHS, który na koncie miał role w „Łowcy androidów”, „Piątym elemencie” i „Koszmarze w południe”. Na planie tego ostatniego filmu spotkał się zresztą z Hauserem.

Tym, co w czasie seansu zwraca uwagę zwłaszcza teraz są częste przebitki z aktualnych wiadomości telewizyjnych, przypominających – mimo upływu ponad 30 lat – dzisiejsze serwisy newsowe. Kobieta i mężczyzna z oślepiająco białymi zębami komentują bieżące wydarzenia. Czasami dotyczą akcji filmu i bohaterów, ale zwykle są to doniesienia o kolejnych zakażonych wirusem, poszukiwaniu szczepionki, wybrykach polityków i skandalach z udziałem mężów stanu. To wszystko sprawia, że „Na krawędzi śmierci” staje się bliższe widzom, który teraz, po trzech dekadach muszą mierzyć się z podobnymi dylematami, co bohaterowie filmu. Oczywiście, pomijając wybuchy, walki na gołe pięści i ucieczki ze stref zamkniętych.