„Compelling Evidence”. Bardzo zły thriller z Brigitte Nielsen

To może być jeden z gorszych filmów, jakie oglądałam, a wierzcie mi, że widziałam sporo gniotów. Przy thrillerze erotycznym „Compelling Evidence” z 1995 r. wszystkie wypadają jednak jak perły kinematografii. Film zaczyna się od kuriozalnej, chyba – a przynajmniej mam taką nadzieję – autoironicznej sceny, w której główny bohater zostaje ranny w czasie strzelaniny w lesie, a potem uprawia seks ze swoją ukochaną. Igraszki przerywa im snajperski strzał, od którego naga kobieta ginie. Jest to wszystko fatalnie zagrane i sfilmowane, ale na szczęście można odetchnąć z ulgą, kiedy okazuje się, że to tylko scena z fikcyjnego filmu fikcyjnej gwiazdy kina akcji – Ricka Stone’a.
Stone to podobno największa gwiazda filmowa na świecie i aż trudno w to uwierzyć, bo jest totalnie pozbawiony charyzmy, a swoje kwestie wypowiada zdrewniałym głosem pełnym boleści. Za to winić możemy jedynie wcielającego się w Ricka Danny’ego Fendleya, który jest jednym z najgorszych aktorów, jakich widziałam na ekranie. I pewnie właśnie dlatego jego filmografia składa się z zaledwie kilkunastu filmów, o których słyszeli jedynie najbardziej ortodoksyjni fani kina akcji klasy B.

fot. kadr z filmu

W każdym razie, w „Compelling Evidence” chodzi o coś innego niż nowy film Ricka. Wielki gwiazdor chce przejść na emeryturę i rozwieść się z żoną (posągowa Brigitte Nielsen). Planuje nowe życie z kochanką (znana z „Gliniarza samuraja” Melissa Moore) i wszystko poszłoby jak po maśle, gdyby nie wścibska reporterka (zmarła kilka lat później w wyniku przedawkowania Dana Plato, gwiazda serialu „Diff’rent Strokes”). Dziennikarka ujawnia romans wielkiej gwiazdy, a żona Stone’a też nie jest zadowolona z tego, że sekret wyszedł na jaw.
Nie piekli się jednak zbyt długo, bo zostaje zamordowana. A Stone sprzymierzony z reporterką postanawia znaleźć mordercę, inaczej sam będzie podejrzany.

Sam pomysł, by akcja toczyła się w świecie aktorów kina akcji ma oczywiście swój urok, ale „Compelling Evidence” jest fatalnie napisane i co gorsza – koszmarnie zagrane. W dodatku sceny erotyczne są toporne, kiepsko zrealizowane, więc nawet poszukiwacze estetycznej nagości nie będą usatysfakcjonowani. A tego thrillerowi erotycznemu wybaczyć raczej nie można. Reżyserem i scenarzystą tego gniotka jest Donald Farmer, który wciąż pracuje i ma się dobrze, a ostatnio dał nam m.in. film „Shark Exorcist”, w którym pewien ksiądz wypędza szatana z wielkiego rekina. To trzeba jednak docenić.