„Vice Academy” 1-6. Czyli „Policjantki z Akademii”

Oglądanie liczącej sześć filmów serii „Vice Academy” ( u nas – „Policjantki z Akademii”) jest jak dźgnięcie nożem w oko. Te powstałe w latach 1989-1998 filmy Ricka Sloane’a – faceta od legendarnych i mitycznie złych „Hobgoblinów”, który wszystkie produkcje o policjantkach (nazywane przez kurtuazję komediami) napisał i wyreżyserował – to najgorsze i najlepsze zrazem, co amerykańskie kino klasy B miało do zaoferowania. W USA zresztą cała seria otoczona jest uwielbieniem, głównie dlatego, że przez całe lata 90. filmy o niezbyt rozgarniętych stróżkach prawa emitowane były przez amerykańską kablówkę w specjalnym weekendowym paśmie „USA Up All Night” prowadzonego przez osobowość telewizyjną i aktorkę Rhondę Shear, która zasłużyła się dla kina klasy B rolami w filmach „Brygada siedmiu mieczy” i „Miasto żab II”.

Linnea Quigley i Ginger Lynn Allen w „Vice Academy 2” – vinegarsyndrome.com

Będę posługiwała się tytułem „Vice Academy”, bo te nieszczęsne „Policjantki…” niespecjalnie kojarzą się z serią Sloane’a.
Oczywiście, nietrudno się domyślić, że „Vice Academy” powstało na fali popularności innej komediowej serii – „Akademia policyjna”. Z założenia miała mieć jednak bardziej erotyczna, a seksowne odtwórczynie ról głównych miały sprawić, że „Vice Academy” będzie bardziej niegrzeczną wersją „Aniołków Charliego”.
Taki efekt trudno jednak osiągnąć, gdy do dyspozycji ma się trzy dolary na krzyż no i aktorki, które starają się wdziękiem nadrabiać brak talentu, a sławę zdobyły głównie w kinie dla dorosłych.

Linnea Quigley w „Vice Academy 2” – vinegarsyndrome.com

Pierwsza część „Vice Academy” premierę miała w 1989 r. Fabuła jest czysto pretekstowa: w policyjnej szkole dla dziewcząt o tytuł prymuski rywalizują dwie dziewczyny – imprezowa, obdarzona wielkim libido Didi (królowa krzyku Linnea Quigley) i nieco sztywna córka komisarza, Holly (aktorka porno Ginger Lynn Allen). Większość filmu upływa im na kopaniu pod sobą dołków, ostatecznie Didi musi rozpracować pod przykrywką gang porno, by nie zostać relegowaną z uczelni. A ponieważ uwielbia seks to nie tylko świetnie odnajduje się na planie, ale też romansuje z największym gwiazdorem w branży. To oczywiście z kolei nie działa dobrze na jej policyjny wizerunek: przerysowana nauczycielka dziewcząt, Panna Devonshire daje więc jej ostatnią szansę. Didi i jej przyjaciele muszą aresztować w ciągu jednej nocy 20 prostytutek i zniszczyć gang zajmujący się handlem ludźmi. Dwulicowa Holly będzie próbowała im przeszkodzić i…właściwie, kogo to obchodzi?

Linnea Quigley, Karen Russell i Ken Abraham w „Vice Academy” – vinegarsyndrome.com

„Vice Academy” ogląda się z niezdrową fascynacją. Trzeba to zobaczyć, by uwierzyć, bo to jeden z najgorzej napisanych, najbardziej infantylnych i bezlitośnie obrażających inteligencję widzów filmów, jakie widziałam. Jednocześnie, włączałam kolejne części jedna po drugiej, spragniona dalszych przygód dziewcząt, których idolkami są kuso ubrane striptizerki i które biegają w bikini na wysokich obcasach chichocząc i machając rękami, jakby miały problem ze złapaniem równowagi. Specjalnie o aktorstwie litościwie nie wspominam, bo sprowadza się do ekspresyjnego wywracania oczami i wypowiadania kwestii zdrewniałym głosem.
Oprócz Quigley i Lynn Allen grają tu też m.in. Jayne Hamil (zagrała Pannę Devonshire w pięciu filmach), zmarła 10 lat temu Viper, gwiazda porno i oczywiście – piękna Karen Russell w roli Shawnee, przyjaciółki Didi.

Linnea Quigley w „Vice Academy” – vinegarsyndrome.com

Na fali beztroskiej, głupkowatej zabawy sięgnęłam więc po część drugą. Didi i Holly (ponownie – Quigley i Lynn Allen) muszą w niej współpracować i infiltrując środowisko striptizerek rozpracować plan Hiszpańskiej Muchy – królowej zbrodni, która chce zatruć wodę w całym mieście afrodyzjakiem. Tutaj szczególnie pomocna będzie Didi, która i bez afrodyzjaków może uprawiać seks całymi godzinami. Gdzieś w tle pojawia się też słaby wątek policjantki-androida, Mechanicznej Lali, w którą wciela się kulturystka Teagan.
Druga część jest równie idiotyczna jak pierwsza, równie źle zagrana i sfilmowana, a szowinizm wylewający się z każdego kadru taśmy filmowej dziś puściłby twórców filmu z torbami. W 1990 r., w czasie premiery filmu nikt jednak się nim nie przejmował.
W części 2. do obsady dołączył John Henry Richardson jako szef policji. To stały współpracownik Jima Wynorskiego, Freda Olena Raya i innych akolitów Rogera Cormana. Od 1990 r. pojawiał się już we wszystkich odsłonach cyklu. We wszystkich filmach z serii zagrała tylko jedna osoba – Mark Richardson wcielający się w poszczególnych częściach w kolejne, zupełnie inne postaci. A to jest alfonsem, a to właścicielem baru ze striptizem – za każdym razem jednak śliski i groteskowy.

Teagan w „Vice Academy 2” – vinegarsyndrome.com

W 3. części „Vice Academy” (1991) nie ma już Didi. Linnea Quigley w niej nie zagrała, co zostało wytłumaczone awansem bohaterki (wyjątkowo mało prawdopodobnym, biorąc pod uwagę jej wyczyny). Holly musi sprzymierzyć się z Candy, siostrą Didi, w którą wciela się Elizabeth Kaitan. To jedna z moich ulubionych gwiazdek kina klasy B, na co zasłużyła sobie rolami w filmach „Po wstrząsie”, „Niewolnica spoza nieskończoności” i „Mroczne życzenia”. W „Vice Academy 3” jej aktorstwo jest tak porażająco złe jak i reszty obsady. A jej bohaterka bije wszelkie rekordy głupoty.
„Vice Academy 3” zaczyna się gdy Holly – prowadząca pod przykrywką obserwację w więzieniu – pozwala uciec jednej z więźniarek, która później wzorem Trującego Bluszczu z komiksów o Batmanie zamienia się w toksyczną zołzę po wystawieniu na działanie związku chemicznego malation.

Elizabeth Kaitan w „Vice Academy 3” – vinegarsyndrome.com

Candy i Holly muszą ją powstrzymać (choć nie do końca zrozumiałam przed czym), przy czym wspomaga je była więźniarka, która marzy o karierze w policji.
Trzecia odsłona „Vice Academy” to jedyna, w której w rolę Panny Devonshire nie wcieliła się Jayne Hamil, a zastąpiła ją Jordana Capra, którą polubiłam dzięki jej występowi w „Najemnym zabójcy”. Capra bawi się siermiężnie napisaną rolą i nadaje całemu filmowi charakteru farsy, co dobrze robi zarówno koszmarnemu scenariuszowi jak i pozostałym, dość kiepskim delikatnie mówiąc kreacjom aktorskim.

plakat „Vice Academy 5”

Nie zwalniając tempa dochodzimy do części 4., która premierę miała późno w porównaniu z pozostałymi częściami (te powstawały właściwie jedna po drugiej) bo w 1994 r. Akcja kręci się tu dookoła ślubu komisarza z Panną Devonshire, a ich szczęściu może zaszkodzić zbiegła z więzienia mistrzyni zbrodni z poprzedniej części. Nawiązuje ona romans przez więzienny biuletyn i po ucieczce pomieszkuje u skromnego mechanika samochodowego, na którego zęby ostrzy sobie też Candy.
Na tym etapie oglądania już nieco zobojętniałam na głupotę scenariusza i grubo ciosane żarty. Wrażenia nie robiły więc już na mnie ani perypetie miłosne komisarza i nauczycielki, ani to, że szef policji ma syna nerda w średnim wieku, który przesiaduje w piwnicy, ani nawet to, że Candy ma nową partnerkę – Samanthę, a więc więźniarkę z aspiracjami z części poprzedniej, której jakimś cudem udało się dostać do policji. Nawet oglądanie po raz milionowy gagów związanych z niecelnym strzelaniem i zrywaniem bluzki w obliczu niebezpieczeństwa nie przepełniało mnie już frustracją. Sięgnęłam po część piątą. W niej z kolei Candy (Kaitan) tym
razem w parze z siostrą Holly, Traci (znana w wąskich kręgach z kilku erotyków Raelyn Saalman) musi powstrzymać bohaterkę erotycznej gry komputerowej, która dzięki przygłupiemu synowi komisarza wydostała się na wolność. W tle rozgrywa się dramat Panny Devonshire, która próbuje ocalić swoje nieskonsumowane od miesięcy małżeństwo. „Vice Academy 5” premierę miało w 1996 r. i widać wyraźnie, że Sloane próbował jakoś wskrzesić coraz bardziej niemrawą akcję parując ponownie nienawidzące się i spiskujące przeciwko sobie bohaterki. Oczywiście te zabiegi spełzły na niczym, bo nadal to on napisał scenariusz, a był to główny problem całej serii. Zaraz po tym, że w ogóle powstała.

„Vice Academy 6”

Tutaj czas pożegnać się z dziewczynami z „Vice Academy”. Szósta część premierę miała w 1998 r. i koncentruje się na śledztwie Candy i Traci w sprawie napadu na bank, którego dokonały striptizerki w bikini. Traci chce się pozbyć rywalki, preparuje więc dowody przeciwko Candy, która trafia do więzienia za współudział w napadzie. Tam zawiera nieco przyjaźni, w finale oczyszcza swoje imię ( o ile po tych wszystkich gafach i nieudanych akcjach z poprzednich części jest to w ogóle możliwe) i staje się bohaterką.
„Vice Academy 6” pewnie byłoby nieoglądalne, gdyby nie kilka ciekawych epizodów aktorskich w wykonaniu gwiazdek znanych z innych hitów ery VHS lat 90. Aby znać te nazwiska trzeba być głęboko zanurzonym w szlamie, ale koneserzy szybko rozpoznają zarówno Nikki Fritz (erotyczna parodia „The Blair Witch Project” czyli „The Bare Wench Project”) czy Debbie Dutch, którą cenię sobie za jej przepalony głos i wdzięk, z jakim wciela się w zniszczone przez życie lale z tendencją do wpadania w łapy maniakom i potworom z suwakami na plecach gumowych kostiumów. Dutch kojarzycie pewnie z filmów „Hard to Die” i „Niewinne panienki i istota z piekła rodem”. Cameo w ostatniej części zalicza też Ginger Lynn Allen, której Holly wciąż infiltruje środowisko więzienne. Zapomniana przez resztę bohaterów, bo tak w tym świecie postępuje się z postaciami, na które nie ma pomysłu.
„Vice Academy 6” to też przedostatni film w karierze Elizabeth Kaitan, swoiste pożegnanie z aktorką i chyba też z pewną erą. Dziś już seria taka jak ta nie mogłyby powstać, nie mówiąc o emisji w ogólnokrajowej kablówce. A może się jednak mylę? Może „Vice Academy” na tle wielu telewizyjnych programów pokazywanych dziś także w Polsce nie wypada wcale tak koszmarnie? Niewykluczone też, że moje zwoje mózgowe zlasowały się po 10 godzinach spędzonych z „Policjantkami z Akademii”.