Alchemik - plakat folmu, Empire Pictures

„Alchemik”. Jeden z pierwszych filmów Charlesa Banda

„Alchemik” („The Alchemist”) to jeden z pierwszych filmów wyreżyserowanych przez Charlesa Banda, dziś już legendarnego twórcy i producenta filmowego, który dał ludzkości „Re-animatora”, serię „Trancers” i wiele innych kultowych produkcji firmowanych najpierw nazwą studia Empire Pictures a później Full Moon Entertainment.
Band „Alchemika” wyreżyserował pod pseudonimem. Pod tym horrorem powstałym w 1981 r., a do wypożyczalni kaset VHS wypuszczonym kilka lat później, podpisał się jako James Amante i ten pseudonim brzmiący nieco jak pseudonim pisarza tandetnych romansów obrazuje mniej więcej, czego po tym melodramatycznym filmie grozy można się spodziewać.

Akcja filmu rozgrywa się dwutorowo – zaczyna się w XIX w. Stanach Zjednoczonych w religijnej społeczności drżącej ze strachu przed czarną magią. A Potem płynnie przenosi się do następnego stulecia.
Oto pewien mężczyzna – o imieniu Aaron – zakochany w swej żonie do szaleństwa szuka jej pewnej nocy w mrocznym lesie. Okazuje się, że kobieta ma romans z potężnym alchemikiem. Żona ginie w szamotaninie między mężczyznami, a alchemik rzuca jeszcze na odchodnym klątwę na Aarona. Mija ponad 100 lat i w okolicy pojawia się młoda kelnerka Lenora, która chce zacząć nowe życie po serii niepowodzeń a przy okazji uwolnić się od dręczących ją makabrycznych wizji. Po drodze zgarnia sympatycznego autostopowicza, a losy wszystkich bohaterów splotą się w walce z Alchemikiem. Zwłaszcza, że Lenora jest bardzo podobna do zmarłej żony Aarona.

Pomysł na „Alchemika” mógłby się obronić gdyby nie dramatycznie niski budżet. Band nie miał jeszcze na początku lat 80. doświadczenia w zaklejaniu dziur finansowych i kreatywnym reżyserowaniu, którego nabrał z biegiem lat. W rezultacie „Alchemik” przez siermiężną produkcję traci – szwankuje też chaotyczny montaż, za który odpowiadał późniejszy wyrobnik jeśli chodzi o reżyserowanie dla wytwórni Banda – Ted Nicolaou. Całość nudzi i drażni niedostatkami realizacyjnymi a o strachu nie ma mowy. Szkoda.
Jeśli chodzi o obsadę, to na pewno znajomy wyda się wszystkim znany z „Tępiciela” Robert Ginty, wówczas chyba u szczytu swojej sławy. Lenorę zagrała urocza Lucinda Dooling, czyli Martha z „Ptaków ciernistych krzewów”. Nie jestem pewna, czy to wystarczy. Plus za muzykę autorstwa Richarda Banda.