„Miasto śmierci”. Michael Paré i Lorenzo Lamas

„Miasto śmierci” („Killing Streets”) to film wyprodukowany przez legendarną wytwórnię Cannon Films w jej szczytowej formie. Produkcja ta premierę miała w 1991 r., kiedy to studio Menahema Golana i Yorama Globusa święciło triumfy niemal w każdej wypożyczalni kaset VHS na naszej planecie dzięki takim filmom jak „Cyborg”, „Amerykański ninja” i „Cobra”.
„Miasto śmierci” to więc w pewnym sensie odprysk chwały tuż przed wielkim upadkiem wytwórni kilka lat później. Opowiedzianą tu historię wymyślił sam Golan, a film wyreżyserował Stephen Cornwell, późniejszy scenarzysta „Tożsamości” z Neesonem i „Bardzo poszukiwanego człowieka” z Philipem Seymourem Hoffmanem, a także producent wykonawczy „Nocnego recepcjonisty”.
Golan miewał ambicje, by w swoich filmach poruszać tematy społeczne i polityczne. Urodził się w Izraelu i w reżyserowanych czy produkowanych przez siebie tytułach czasami dotykał konfliktów na Bliskim Wschodzie – czy to w koszmarnej „Saharze” z Brooke Shields czy to właśnie w „Mieście śmierci”.
Akcja filmu rozgrywa się bowiem w Bejrucie, a główni bohaterowie, których grają wówczas wschodzące gwiazdy kina akcji – Lorenzo Lamas i Michael Paré – wypowiadają w nim wojnę terrorystom. I oczywiście po krwawej jatce zwyciężają.

fot. MGM

Znany z „Księżyca 44” i „Ulic w ogniu”, piękny jak Zeus Paré występuje tu w podwójnej roli. Gra braci bliźniaków – jeden z nich to amerykański żołnierz na misji w Libanie, drugi – jego bardziej pacyfistycznie nastawiony do ludzkości brat, trener gry w baseball mieszkający w Ameryce. Kiedy pierwszy zostaje porwany przez terrorystów, drugi rzuca wszystko i przylatuje do Bejrutu aby go odnaleźć. Kieruje się słynną intuicją bliźniaków i nie wierzy w to, że brat zginął. Na miejscu prowadzi śledztwo i odnajduje bliźniaka w kryjówce terrorystów. Amerykańska ambasada nie jest jednak zbyt chętna do pomocy, podobnie jak miejscowe grube ryby, które na porwaniu Amerykanina próbują coś ugrać. Ostatecznie akcja ratunkowa zostanie przeprowadzona z drobnym wsparciem Lorenzo Lamasa w drugoplanowej roli. Krew poleje się strumieniami, auta będą wybuchały bez żadnego powodu, a liczne pościgi i ucieczki zajmą lwią część akcji.

fot. MGM

„Miasto śmierci” to naprawdę przyzwoity akcyjniak z charyzmatycznym czarnym charakterem (Alon Aboutboul, czyli Nissem z „Rambo 3”), naprawdę niezłą ścieżką dźwiękową i pięknymi zdjęciami, na których Bejrut prezentuje się pięknie i smutno. Sceny akcji są zrealizowane porządnie, aktorstwo jest na przyzwoitym poziomie, a tło polityczne i społeczne – choć wykorzystane do stworzenia po prostu wybuchowego kina akcji – zarysowane zrozumiale.
Do Michaela Paré mam nieustającą słabość, jest to jednak obiektywnie jeden z lepszych filmów, w jakich wystąpił. Właściwie tuż po „Mieście śmierci” utknął na dobre w tanim kinie klasy B, miło więc popatrzeć na niego w produkcji z przyzwoitym budżetem, w niezłej podwójnej roli. Lamas po „Zjadaczu węży” właśnie się tu przymierza do koronacji na księcia kasetowego kina sensacyjnego. A w filmie gra też Jennifer Runyon, żona bratanka Rogera Cormana, która niedawno, po niemal 20-letniej przerwie wróciła do grania w filmach. Tutaj wciela się w Sandrę, piękną pracownicę amerykańskiej ambasady, która pomaga obu braciom nawigować po wzburzonym, pełnym intryg politycznym oceanie.
Lamas i Paré zagrali kilka lat później razem w filmie „Dług honorowy”, ale to już zupełnie inna historia.