„Dziewczęcy klub”, czyli Dziewczyna z żeńskiego koła studenckiego w Kręgloramie Oślizgłej

David DeCoteau wyreżyserował w swojej karierze kilka kultowych w wąskich kręgach miłośników kina VHS filmów. „Dziewczęcy klub” (1988) to jeden z bardziej znanych z nich, tuż obok „Koszmarnych sióstr”, które zresztą powstały w kilka dni, z wykorzystaniem dekoracji pozostałych po „Dziewczęcym klubie”. Podobnie jak w innych produkcjach, które wyszły spod pełnej wyczucia ręki DeCoteau, w „Dziewczęcym klubie” gra słynne trio oryginalnych królowych krzyku – a więc Linnea Quigley, Brinke Stevens i Michelle Bauer. Zwłaszcza Quigley postrzegana jest dziś jako jedna z najbardziej cenionych gwiazd kina grozy klasy B. DeCoteau tak bardzo chciał z nią ponownie pracować (wcześniej wystąpiła u niego m.in. w „Cripzoidach”), że dając jej scenariusz do przeczytania, zastrzegł, że może wybrać sobie jakąkolwiek postać. Wybrała wyszczekaną Spider.

fot. kadr z filmu

Dokonała dobrego wyboru, bo pozostałe kobiece bohaterki niewiele mają do roboty – oprócz wrzeszczenia i zrzucania ubrań, co w horrorach z lat 80. przeznaczonych od razu na półki wypożyczalni było powszechne. „Dziewczęcy klub” powstał w 12 dni (scenariusz Sergei Hasenecz napisał w 10), za 90 tys. dolarów. Budżet filmu był tak mały, że ekipa kręciła go na terenie wynajętej kręgielni, ale tylko w godzinach zamknięcia – a więc w nocy. I choć produkcja znana jest u nas pod tytułem „Dziewczęcy klub”, to znacznie bardziej podoba mi się jej przemyślany, mniej znany tytuł, czyli – „Dziewczyna z żeńskiego koła studenckiego w Kręgloramie Oślizgłej” (org. „Sorority Babes in the Slimeball Bowl-O-Rama”).

„Dziewczęcy klub” nie bawi i nie straszy

Quigley zagrała najbardziej interesującą postać, ale na ekranie pojawia się dopiero po kilkunastu minutach. Wcześniej poznajemy grupkę studentów, raczej niespecjalnie rozchwytywanych przez koleżanki z college’u. Grono nieudaczników postanawia podglądać dziewczyny z pierwszego roku, które tego wieczora mają przejść inicjację, która pozwoli im dołączyć do bractwa. O tym, czy zdały test, czy też nie decydują ich atrakcyjne i bardzo wredne koleżanki. Po zbiciu gołych pośladków ubiegających się o członkostwo dziewczyn (Stevens i Bauer) przyłapują podglądaczy i wymyślają ostateczny test: nowicjuszki mają w towarzystwie kolegów pojechać do pobliskiej kręgielni, ukraść stamtąd sportowe trofeum i udowodnić tym samym, że zasługują na przyjęcie do bractwa.

fot. kadr z filmu

To oczywiście tylko pretekst, aby zafundować widzom nieco toporne połączenie horroru, kina erotycznego i komedii młodzieżowej. Sporo tu mało wyszukanego humoru, ale dzięki temu całość nie wymaga zbyt wielkiego zaangażowania. I od razu wiadomo, że ani nas nie przestraszy, ani tym bardziej – nie rozśmieszy błyskotliwymi dialogami.
W kręgielni grupka bohaterów spotyka graną przez Quigley Spider, zadymiarę, która pod osłoną nocy próbuje coś zwinąć. Jej wejście na scenę dodaje filmowi pazura, akcja mknie do przodu. Jeśli zastanawiacie się, jakie atrakcje czekają te nakreślone niedbale postaci, to spieszę z wyjaśnieniem: w jednym ze sportowych trofeów mieszka złośliwy chochlik, który obiecuje spełnić życzenia bohaterów, ale oczywiście robi to na opak i przygoda przybiera nieprzyjemny, krwawy obrót.
Sam chochlik budzi raczej śmiech niż grozę, a stoi za nim ewidentna inspiracja wszystkimi stworami straszącymi w latach 80. – Crittersami, Gremlinami i innymi, niskobudżetowymi potworkami. Jego żarty są przaśne, ale bezbolesne. Podobnie jak cały film, który nie jest największą perłą kinematografii, ale dostarcza przyjemnej rozrywki, o której zapomina się natychmiast po seansie. Plus fani legendarnego tria Stevens, Quigley i Bauer na pewno będą zadowoleni.

Liczy się opinia fanów

Muszę przyznać, że lubię filmy DeCoteau , tak jak lubię kino Wynorskiego i Goldena oraz ich kumpli – całej tej ekipy trzęsącej rynkiem VHS w USA i Europie w latach 80. i 90. Prawda jest taka, że bez dystansu „Dziewczęcy klub” trudno obejrzeć bez zażenowania. Mając jednak w pamięci estetykę kina tamtej epoki i widząc entuzjazm całej ekipy, trudno tego filmu nie docenić. Zwłaszcza, że kariery królowych krzyku nieco się w połowie lat 90. załamały, miło więc zobaczyć je u szczytu chwały.
Oprócz nich, na ekranie Andrasa Jonesa (Rick z „Koszmaru z ulicy Wiązów 4: Władca snów” i Robin Stille, która zmarła tragicznie (popełniła samobójstwo) w 1996 r., w wieku 34 lat. Wcześniej zagrała m.in. w „Mordzie podczas nudnego przyjęcia” i „Amerykańskim Ninja 4”. Oprócz tej dwójki w „Dziewczęcym klubie” zagrał też znany z „Nocy demonów” Hal Havins.

fot. kadr z filmu

O tym, czy film jest kultowy, czy też nie decyduje publiczność. W przypadku „Dziewczęcego klubu” nie ma co dyskutować z ich opinią – produkcja w reżyserii DeCoteau była najpopularniejszą wyświetlaną w ramach telewizyjnego cyklu „USA Up All Night” nadawanego przez kablówkę pasma, w którym wyświetlane były kultowe filmy ery VHS.