„Cień”. Superbohater, który przegrał z „Królem lwem”

„Cień” Russela Mulcahy’ego to niezły film, który powstał w złym momencie. I tak, stał się jedną z tych zapomnianych ekranizacji komiksów, o których nikt nie pamięta. W przypadku „Cienia” to akurat szkoda. „Cień” miał być największym hitem 1994 r. i przez chwilę nawet nieźle sobie radził. A przynajmniej dopóty, dopóki na scenę nie wszedł „Król Lew”, który zwinął sprzed nosa wszystkie zyski wytwórni Universal. I tak, z największej nadziei zestawienia box-office tego roku, „Cień” stał się największym rozczarowaniem.
Przy budżecie 40 mln dolarów, przyniósł producentom jedynie 48 mln dolarów zysku. Pomysł o stworzeniu serii filmów upadł. Figurki przedstawiające postaci z filmu, gra komputerowa i linia ubrań stygły w magazynach, a świat powoli zapominał o „Cieniu”, superbohaterze z klasą o twarzy Aleca Baldwina.
Cień powołał do życia Walter B. Gibson, jeszcze w latach 30., choć na początku Cień zwalczał zło na kartkach taniej literatury. Potem dostał własny show w radiu, kilka filmów i serial. Później słuch po nim zaginął. I czaił się gdzieś w… cóż, cieniu. W 1994 r. Universal postanowił wskrzesić bohatera. I powierzył reżyserię filmu Russelowi Mulcahy’emu, twórcy legendarnego „Nieśmiertelnego”. Film oparty jest na radiowym programie, w którym głosu Cieniowi użyczył Orson Welles, a częściowo na serii powieści i komiksów.

fot. kadr z filmu

Nawrócony Alec Baldwin

Akcja zaczyna się w Tybecie, tuż po I wojnie światowej. Lamont Cranston to Amerykanin, który pod pseudonimem Yin-Ko dorobił się pozycji watażki z monopolem na handel opium. Charakter ma podły, podobnie jak fryzurę (Alec Baldwin w peruce nie wygląda zbyt korzystnie). Pewnego dnia zostaje porwany przez świętego męża, który wyjawia Cranstonowi jego prawdziwe przeznaczenie. Tym przeznaczeniem jest odkupienie swoich grzechów poprzez walkę ze złem.
Cranston przechodzi więc siedmioletni trening i wraca do Nowego Jorku, gdzie prowadzi podwójne życie: playboya i Cienia, samozwańczego obrońcy dobra, który nocami rzuca wyzwanie przestępcom. Niedługo będzie się musiał zmierzyć z kolejnym – wnukiem Czyngis-chana, który właśnie obudził się w sarkofagu i chętnie by coś popsuł.
Alec Baldwin w roli superbohatera? Dlaczego nie. Najbardziej utalentowany z braci Baldwin (jest ich jeszcze trzech) ma na koncie nominację do Oscara i trzy Złote Globy. Talentu nie można mu więc odmówić. Klasy – też nie. I choć może wydawać się nieco zbyt ciężki i powolny, jak na superbohatera, to w roli Cienia sprawdza się zaskakująco dobrze. Baldwin ma po prostu charyzmę, dzięki której widz jest w stanie uwierzyć, że oto właśnie się nawrócił i postanowił rzucić dochodowy interes, aby zbawiać świat.

fot. kadr z filmu

Batman bije Cienia na głowę

Ale Baldwin to nie jedyna gwiazda filmu. W roli jego ukochanej Margo Lane wystąpiła znana z „Życia Carlita” Penelope Ann Miller, na ekranie pojawia się też Ian McKellen (dwie nominacje do Oscara, ponadczasowa sława za rolę Gandalfa) i legendarny Tim Curry, czyli Doktor Frank-N-Furter ze słynnego musicalu „Rocky Horror Picture Show”.
O ścieżkę dźwiękową zadbał oscarowy weteran (16 nominacji!) Jerry Goldsmith. Oprócz jego kompozycji, na krążku znalazła się też m.in. piosenka Taylor Dayne „Original Sin”, którą krytycy chwalili za niesamowity, bondowski klimat.
Co poszło źle? Oprócz kiepskiego wyczucia czasu producentów, którzy musieli przegrać walkę z disnejowskim „Królem Lwem”, „Cień” napotkał jeszcze jeden problem. W połowie lat 90. widzowie oczekiwali już od filmów o superbohaterach czegoś więcej. Właśnie obejrzeli burtonowskie „Batmany”. „Cień”, choć niezły, był dla kina suberbohaterskiego małym krokiem w tył. Zresztą, w tamtym okresie nikomu nie wiodło się zbyt dobrze: „Fantom” z Billym Zane’em był artystyczną porażką, w której Zane w fioletowym spandeksie jedzie na białym koniu.

Z jedną ręką zawiązaną na plecach

„Batman Forever” może i przyniósł Warner Bros spore zyski, ale zawiódł widzów, którzy ustawili Człowiekowi-Nietoperzowi poprzeczkę dość wysoko. „Cień”, ze swoją klasyczną historią i jasno zarysowaną granicą pomiędzy dobrem a złem, był dla nich zbyt oczywisty.
Dlatego o wiele lepiej finansowo poradziła sobie świeża „Maska” Charlesa Russela z Jimem Carreyem szarżującym na ekranie i tworzącym zupełnie nowy typ superbohatera.
I choć mówi się o tym, że to właśnie „Cień” zainspirował twórców „Batmana” (po raz pierwszy pojawił się na kartach komiksu w 1939 r.), to jednak w pojedynku na najlepsze adaptacje filmowe to Człowiek-Nietoperz wygrywa. I to z jedną ręką zawiązaną na plecach.