„Krew niewinnych”. Seks uratuje przed atakiem seryjnego mordercy

„Krew niewinnych” („Cherry Falls”) z 2000 r. to perełka wśród licznych klonów „Krzyku”. Ich fala zalała kinowe ekrany i wypożyczalnie kaset VHS w drugiej połowie lat 90. Należą do nich filmy z serii „Ulice strachu”, „Oszukać przeznaczenie” czy „Koszmar minionego lata”. „Krew niewinnych” nie stało się zalążkiem serii, ale nie jest to przytyk. Dzięki temu stanowi osobną całość – wciąż świeżą i pod kilkoma względami całkiem błyskotliwą.
Zacznę od tego, że reżyserem „Krwi niewinnych” jest Geoffrey Wright – Australijczyk, który na koncie ma m.in. nagradzany na świecie film „Romper Stomper” z Russellem Crowe. Jeszcze przed premierą „Krwi niewinnych” Wright zapowiadał, że scenariusz filmu jest przewrotny i pełen ironii. Nie były to czcze obietnice.
Sama fabuła oczywiście nie jest specjalnie oryginalna i powiela standardowe chwyty obecne w filmowych slasherach. W małym miasteczku – tytułowym Cherry Falls – w Virginii ktoś morduje nastolatków. Miejscowy szeryf (Michael Biehn, legenda kina klasy B i Kyle Reese z „Terminatora”) odkrywa, że ofiary są dziewicami. Miejscowa młodzież postanawia więc walczyć o życie. I szybko przejść inicjację seksualną. Tutaj „Krew niewinnych” skręca nieco w stronę „American Pie”, ale na szczęście twórcy filmu nie stracili z oczu sensu scenariusza. Zresztą, to interesujący pomysł, bo w slasherach to właśnie rozwiązłość jest pewną drogą do grobu, „Krew niewinnych” wywraca więc nieco ten koncept do góry nogami idąc tropem „Krzyku” Wesa Cravena – filmu bardzo świadomego swoich korzeni.

„Krew niewinnych”, IMDB

Główną bohaterką „Krwi niewinnych” jest dziewicza Jody (wspaniała jak zawsze Brittany Murphy na chwilę przed wielką sławą) . Jody to zakochana w poezji córka szeryfa, która zwleka z utratą dziewictwa. Po bliskim spotkaniu z mordercą postanawia przeprowadzić śledztwo na własną rękę i natrafia na tragiczną historię sprzed 27 lat, w którą – jak wskazują dowody – zamieszany był nie tylko dyrektor jej liceum, ale też jej własny ojciec. Czy to możliwe, że – wedle utartych prawideł slasherów – ofiara tamtych wydarzeń postanowiła zemścić się na swoich oprawcach? A może robi to w jej imieniu ktoś inny?
Nietrudno odgadnąć tożsamość mordercy, choć twarz skrywa pod skołtunioną czarną peruką i kobiecym przebraniem. Ten zabieg dziś pewnie wywołałby dyskusję na temat negatywnego przedstawiania na ekranie osób transpłciowych, w 2000 r. nie wywoływał jeszcze dyskusji na tak dużą skalę, podobnie jak podobne wątki wykorzystane m.in. w „Milczeniu owiec” czy „Psychozie”. „Krew niewinnych” oglądana dziś z innej perspektywy rodzi jednak pytania o to, czy zabójca w czarnej sukni musi być tak groteskowy. Mordercą nie targają jednak wątpliwości odnośnie jego tożsamości seksualnej, a jedynie pragnienie zemsty.

„Krew niewinnych” ma swoje momenty. Na pewno nie można nazwać filmu Wrighta czarną komedią, zwłaszcza, że kryjąca się za morderstwami historia jest naprawdę ponura. Chwilami jednak Wright wyśmiewa nastoletnią obsesję na punkcie seksu, ze zrozumieniem przygląda się bolączkom dorastania i z dużym taktem pozwala swoim bohaterom na pierwsze erotyczne doświadczenia, które tu wypadają rozczulająco. W filmie sporo jest też interesujących symboli – np. w finałowej scenie, w której nastoletnia orgia zamienia się w krwawą jatkę.
Murphy świetnie odnajduje się w roli „finałowej dziewczyny” i wielka szkoda, że „Krew niewinnych” nie zdobyła nigdy większego rozgłosu. Oprócz niej i Biehna, w filmie grają też m.in. Jay Mohr (komik znany z programu Saturday Night Live i filmów „Jerry Maguire” oraz „Pokerowa zagrywka”) oraz DJ Qualls, dla którego był to pierwszy film po komedii „Ostra jazda”.
„Krew niewinnych” premierę miała w czasie Festiwalu Filmowego w Cannes. W USA ostatecznie doczekała się dystrybucji telewizyjnej, a w Europie z sukcesem pokazywano ją w kinach.